Marek Kamiński

Trudna sztuka wyborów na biegunie północnym

Stało się. Po wielu dniach wędrówki, niebezpiecznych przygód i niedogodności dotarli na biegun Fot. Archiwum Marka Kamińskiego Stało się. Po wielu dniach wędrówki, niebezpiecznych przygód i niedogodności dotarli na biegun
Marek Kamiński

23 maja 1995 roku Marek Kamiński (razem z Wojciechem Moskalem) zdobyli biegun północny. Swoje przygody Kamiński opisał w książce „Trzy Bieguny” (wyd. Znak 2019, autorzy: Marek Kamiński, Leszek Cichy, Julia Hamera). Prezentujemy jej fragmenty.

Zwycięstwo albo śmierć - takiego sformułowania miał użyć odkrywca bieguna północnego, Frederick Albert Cook. Do dziś pozostaje kwestią sporną, czy naprawdę tam dotarł. Gdy ja i Wojtek Moskal wyruszamy na biegun, jesteśmy tak samo zdeterminowani.

Chcemy tam dotrzeć bez pomocy z zewnątrz, do tego najtrudniejszą z dróg. Już na starcie łapiemy dwutygodniowe opóźnienie. Samolot, który ma nas zabrać do miejsca rozpoczęcia naszej wędrówki, jest popsuty.

Na przylądek Columbia na Wyspie Ellesmere’a w Arktyce Kanadyjskiej docieramy trzynastego marca. Przemieszczamy się po lodowej skorupie, która zimą pokrywa prawie całe Morze Arktyczne. Wiemy, że przed nami sporo szczelin, lecz już samo wejście na lód jest bardzo trudne.

Każdy z nas ciągnie sanie z ekwipunkiem o wadze około 130 kilogramów. Lista rzeczy, którą sporządzałem przed wyprawą, zawiera kilkadziesiąt pozycji. Dla mnie niemal równie niezbędne, jak choćby namiot, są ołówek, notes oraz książka Jana Pawła II.

Oprócz mnóstwa sprzętu od początku do końca wyprawy musimy ciągnąć jedzenie - 70 dziennych porcji. Są to produkty kompaktowe, głównie liofilizaty, mleko w proszku, olej sojowy. Taki olej jest podobno najbardziej neutralny w smaku i najlepiej przyswajalny ze wszystkich olejów, dlatego zabiera się go na tego typu wyprawy. Najbardziej energetyczny jest pemikan, czyli suszone mielone mięso z dodatkiem warzyw. Zastępuje wszystko. Są też batony i napoje energetyczne, czekolada, herbata i napoje w proszku. Wyliczyłem, że dzienna racja na wyprawie, łącznie z opakowaniem, powinna ważyć około tysiąca gramów i dostarczać pięciu tysięcy czterystu kalorii. Jedzenie musi być energetyczne i odpowiednio zbilansowane, a do tego zajmować stosunkowo mało miejscai nie zamarzać, więc menu jest mało urozmaicone.

Na początku wędrówki wydaje mi się, że jedzenie każdego ranka musli z olejem już samo w sobie będzie bohaterstwem. Na szczęście musli mamy w różnych smakach, a czekolady z różnymi nadzieniami. Jemy po pięćdziesiąt gramów, czyli pół tabliczki dziennie. Chyba najbardziej odpowiada mi czekolada Cadbury. Jest wygodnie zapakowana, bez sreberka, owinięta tylko w folię. Podczas przerwy w marszu, gdy nie ma co robić i milczymy, zaczynam studiować, co jest na niej wydrukowane. Widzę adres firmy: ulica Czekoladowa 1. Zabawne. Normalnie nawet nie spojrzałbym na opakowanie, jednak teraz kontempluję takie przypadkowe błahostki. W ciągu dnia robimy jedną długą przerwę i co półtorej godziny dodatkowe 15 minut odpoczynku.

Temperatura powietrza sięga minus 50 stopni.

Czuję się, jakbym był na Księżycu. Wszystko jest inne, ciało jest wyziębione, a wokół krajobraz jak z innej planety. Każdą najdrobniejszą czynność trzeba planować, bo wystarczy zdjąć rękawice, żeby ryzykować przemarznięcie albo utratę palców.

Czuję się, jakbym był na Księżycu. Wszystko jest inne, ciało wyziębione, a wokół krajobraz jak z innej planety

Kurtki i spodnie mamy puchowe, śpimy w puchowych śpiworach, jednak stopy szybko marzną. Kiedy leżę i śpię, to się nie ruszam, w efekcie krew krąży wolniej, zimno przenika do ciała i palce stóp się odmrażają. Należy dbać o to, żeby nie były ściśnięte, trzeba nimi ruszać. W nocy nastawiam budzik tak, by dzwonił co piętnaście minut, i rozcieram palce. Raz, gdy nie budzę się na czas, odmrażam sobie jeden.

W takich warunkach po prostu walczy się o życie. Życie jest najważniejsze. Nic nie ma znaczenia poza tym, by zjeść, wypić i nie zamarznąć.

***

Przez pierwsze 30 dni pokonujemy zaledwie 100 kilometrów. Została nam połowa racji żywnościowych. Zaczynam myśleć, że musimy zrezygnować. Wysiłek nie ma sensu, i tak nie dojdziemy na czas. Umysł podpowiada tysiące powodów, żeby nie brnąć dalej. Trzeba wrócić za rok, lepiej się przygotować. Tak, zróbmy ten biegun za rok.

Jestem pewny, że Wojtek myśli podobnie i mnie poprze. Mylę się. Mówi, że dopóki mamy paliwo i jedzenie, musimy iść. Nawet jeśli nie dotrzemy do bieguna, to czegoś się nauczymy. To będzie cenne doświadczenie. Słucham go i idziemy naprzód.

Początkowo we dwóch ciągniemy jedne sanki, więc po przebyciu określonego odcinka musimy wracać po drugie. Mimo że zauważamy na śniegu ślady niedźwiedzia, jesteśmy tak zmęczeni, że postanawiamy zostawić broń na pierwszych sankach. Nie mamy siły nosić jej tam i z powrotem. Kilometr pokonujemy bez broni. To głupie tak ryzykować, teraz jednak liczy się przede wszystkim oszczędzanie energii. Zmęczenie, które nas dopadło, zmienia sposób myślenia. Na domiar złego robi się coraz cieplej, temperatura wzrosła do minus 20 stopni. Jeśli chcemy dokądś dojść, musimy się spieszyć, żeby zdążyć przed roztopami.

***

Gdy docieramy do 88. stopnia, obliczamy, że jedzenia starczy nam jeszcze na dwa tygodnie. Decydujemy się wydłużyć codzienny marsz o dwie godziny. Już nawet przestaję myśleć o odwrocie.

Mamy świadomość, że poruszamy się po zlodowaciałym morzu pełnym szczelin. Są ich dziesiątki, może setki. Czasem szczelinę obchodzimy przez cały dzień, zdarza się, że zbaczamy z obranej trasy o 10 kilometrów i oddalamy się od celu.

Gdy przekraczamy prawie dwukilometrową szczelinę, orientuję się, że idziemy niemal po wodzie. Lód słony nie zamarza w taki sam sposób, jak słodki. Gdy jest cienki, przypomina elastyczną błonę, która ugina się, gdy po niej stąpasz. A my nie tylko stąpamy, ale też ciągniemy stukilogramowe sanki.

Odwracam się i widzę, że tafla lodu pod nartami Wojtka ugina się tak, że wygląda, jakby zaraz miała się zapaść. Wystarczy małe pęknięcie i wszystko zniknie jak bańka mydlana. Gdy łamie się gruby lód, jest szansa, że wpadając, człowiek złapie się krawędzi kry i wyczołga z wody. My nie mamy takiej możliwości.

Jesteśmy odwodnieni. Wody mieliśmy pod dostatkiem, ale pozyskiwaliśmy ją z lodu - właściwie była to woda destylowana

Nagle czuję się jak sparaliżowany. Nachodzi mnie myśl, że chyba lepiej jednak się zatrzymać, bo właściwie nie da się ani iść naprzód, ani zawrócić.

Zdaję sobie sprawę, że w każdej chwili mogę zginąć. Idziemy jednak dalej, posuwając się metr po metrze, bojąc się, że lód może nie wytrzymać. Zostaje tylko wiara, że tak się nie stanie. Mam świadomość praw fizyki i własnej śmiertelności, ale iść trzeba, i kwita.

***

Nadchodzi moment, kiedy słowa Fredericka Alberta Cooka nabierają realnego znaczenia. Kończą nam się zapasy jedzenia, a do bieguna jeszcze 20-30 kilometrów, czyli dwa dni drogi.

Stajemy przed wyborem: albo idziemy bez przerwy, nie obchodząc szczelin, albo stawiamy na bezpieczeństwo, co oznacza koniec wyprawy.

Decydujemy się iść.

Nie wiążemy się liną, bo taki marsz jest bardziej męczący. Wydaje się, że w takich okolicznościach zmienia się nasze myślenie, zmieniają się priorytety. Zdobycie bieguna staje się ważniejsze niż kwestia bezpieczeństwa.

Idziemy po oceanie. Od morskiej głębi oddziela nas niepewna warstwa cienkiego lodu, która co jakiś czas załamuje się pod naszymi stopami. Jesteśmy niedaleko bieguna, kiedy nagle pęka pode mną lód i wpadam po pas do wody. Tułów i ręce opieram na spękanej krze, która w każdej chwili może zapaść się pod moim ciężarem. To już chyba koniec.

Wojtek zatrzymuje się 10 metrów za mną. Wiem, że nie może mi pomóc, bo jeśli podejdzie, sam wpadnie do wody i pociągnie mnie głębiej. Zaburzy tę niepewną równowagę sił, która utrzymuje mnie wśród żywych. On o tym wie. Nic nie może zrobić, więc stoi i patrzy.

Leżę rozpostarty i czuję, jak moje ubranie coraz bardziej nasiąka wodą. Sanie zostały z tyłu, łączy mnie z nimi uprząż. Zaraz przechylą się razem z warstwą lodu i wpadnę do morza. W dodatku moje pulki są trochę dziurawe, więc szybko nabiorą wody - nie ma szans, żebym się utrzymał. Wyobrażam sobie, jak ciągną mnie w dół, coraz głębiej i głębiej. Uwięzione powietrze nadyma moje ubranie. Sunę powoli w lodowatej i mrocznej głębi, aż opadam na samo dno. Trwa to dość długo...

Mija chwila i się otrząsam. Myślę, że skoro nie utonąłem, trzeba działać. Przede wszystkim odpinam się od sań, potem łapię się najbliższego kawałka kry, który sprawia wrażenie solidniejszego, i się podciągam. Wystarczająco silnie, ale nie za gwałtownie. Cudem udaje mi się wyczołgać z wody. Wyławiam kijkiem linkę od pulek i przyciągam je do siebie. Uratowane.

Jestem cały mokry, moje buty są pełne wody i przy trzydziestu stopniach mrozu nie da się tego wszystkiego wysuszyć. Nie mam ubrań na zmianę i nie mam jak się ogrzać. Zdejmuję tylko kurtkę i czekam, aż zamarznie, żeby wykruszyć z niej lód i śnieg. Jest lodowato.

Nie mam jednak czasu na użalanie się nad sobą, nie ma taryfy ulgowej. Po tym potwornym doświadczeniu przez ostatnie dwa dni przychodzi nam walczyć z wiatrem, który wali nam prosto w twarze. Do tego, gdy znajdujemy się już całkiem blisko celu, wyznaczenie kierunku staje się trudniejsze, bo wszystkie urządzenia pomiarowe wskazują tylko północ-południe. Jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy używają na biegunie GPS-u, jednak ten dziesięć kilometrów przed biegunem przestaje działać.

GPS nie wskazuje kierunku, nadal jednak podaje informację, ile kilometrów dzieli nas od celu. Idziemy w różne strony i sprawdzamy, kiedy dystans się zmniejsza. W ten sposób sami wyznaczamy kierunek i ostatecznie docieramy do bieguna. Jesteśmy na samym czubku Ziemi, a mnie wydaje się, że widzę załamanie horyzontu i mam wrażenie, że stoję na szczycie półkuli, gdzie wszystko się schodzi. To jednak raczej iluzja i mistyka tego miejsca, a nie zjawisko fizyczne.

Po siedemdziesięciu dwóch dniach marszu, dwudziestego trzeciego maja 1995 roku, stajemy na północnym biegunie Ziemi.

***

Teraz pozostaje nam czekać na samolot, który nas stamtąd zabierze. Przygotowujemy pas startowy, oznaczamy go. Resztę roboty, czyli całą operację logistyczną, w tym założenie na lodzie składów paliwa, żeby po drodze na biegun móc zatankować, ‒ muszą wykonać piloci. Lecą z Kanady oddalonej od nas o tysiące kilometrów.

Po powrocie do stacji wchodzę na wagę. Sześćdziesiąt osiem kilogramów. Przed wyprawą ważyłem około dziewięćdziesięciu pięciu i była to moja normalna waga, nie tuczyłem się specjalnie przed ekspedycją. Prawie trzydzieści kilogramów różnicy.

Wychodzi na to, że mimo iż dziennie przyjmowałem do siedmiu tysięcy kilokalorii, to jednocześnie chudłem po pół kilograma. Wysiłek, pocenie się, wychłodzenie - wszystko razem powoduje olbrzymi wydatek energetyczny.

Do tego Wojtek i ja jesteśmy bardzo odwodnieni, mimo że akurat wody mieliśmy pod dostatkiem. Pozyskiwaliśmy ją jednak z lodu i dlatego była to właściwie woda destylowana. Pijąc ją, wypłukiwaliśmy z organizmów sód - pierwiastek odpowiedzialny za zatrzymywanie wody w ciele. Piliśmy, po czym wszystko wysikiwaliśmy i zostawało niewiele. Teraz wiem, że na wyprawę trwającą dłużej niż trzydzieści dni należy zabrać sól i za każdym razem dodawać szczyptę do wypijanego płynu.

W tym samym czasie co my na biegun wyruszyły dwie inne wyprawy. Jedna z Rosji, alpinisty Reinholda Messnera i jego brata, druga z Kanady podjęta samotnie przez Oaga MacKenziego. Pierwsza została przerwana już po trzech dniach, gdy pod obozem braci Messnerów zarwał się lód, w wyniku czego stracili większość ekwipunku, w tym sanie. Ledwie ich uratowano. Oag również zrezygnował, ponieważ okazało się, że zbyt ciężki sprzęt (dwieście czterdzieści kilogramów) w praktyce uniemożliwił mu wędrówkę.

Z bieguna wracam z przeświadczeniem, że bez Wojtka nie dałbym rady. Jestem pewny, że gdybym był sam, w krytycznym momencie bym odpuścił. Wojtek dosłownie przytrzymał mnie, kiedy chciałem zawracać. Podczas tej wyprawy sporo razem przeżyliśmy, lecz ani razu nie doszło między nami do kłótni. Dużo się od niego nauczyłem. Nie tylko o świecie wypraw i funkcjonowaniu na terenach podbiegunowych, ale też o sobie i o życiu. Podzielił się ze mną całą swoją mądrością i doświadczeniem, nie oczekując niczego w zamian. Poczułem, że nikogo nie muszę już udawać i dopiero teraz widzę, że moje wcześniejsze wybory miały sens.

Od tamtej pory jak mantrę powtarzam sobie, że dopóki mam jedzenie i paliwo, dopóty muszę iść naprzód. Tak jak w życiu - nie myśleć za dużo o tym, że nie dotrze się do celu. Jeśli można, trzeba iść. Choćby po to, by sprawdzić, dokąd się dotrze. Nawet jeśli w jednej chwili sądzimy, że coś się nie uda, to za tydzień będzie inaczej. Gdy coś nie wychodzi, trzeba przeczekać, a nie rezygnować.

Dopóki nie wiesz, czy dojdziesz, idź.

Skróty pochodzą od redakcji.

Marek Kamiński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.