Tylko dzikich dzieci żal

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Kaczanowski
Paweł Franczak

Tylko dzikich dzieci żal

Paweł Franczak

Rozpoczęła się walka o wolność dziecka do radosnej zabawy. Tę zabraliśmy im kilka dekad temu. Uznaliśmy, że dziecko bawiące się w naturalnym środowisku z rówieśnikami, bez nadzoru rodzica, to przepis na tragedię.

Mamo, czy mogę wziąć tę wiertarkę? - dopytywał stojącą za barierkami mamę pięcioletni chłopiec. - Mateusz, Mateusz, jeszcze tam, jeszcze tam idź! Zobacz, przyjdą inne dzieci i nie zdążysz - rodzice chłopca wskazywali na stojący kilkanaście metrów dalej autobus.

Pierwszego dnia działania Rezerwatu Dzikich Dzieci mali klienci mieli niepewne miny. Czy wolno im to? Czy mogą robić tamto? Czy można nie pytać o zdanie dorosłych? Czy trzeba słuchać ich podpowiedzi? Czy trzeba zadawać pytania?

Dla niektórych dzieciaków dawka wolności, jaką musiały przyjąć na jedynym takim placu zabaw w Lublinie, okazała się trudna do przyjęcia.

Tylko dzikich dzieci żal
Łukasz Kaczanowski

Otworzony w zeszłą niedzielę przy ulicy Dolnej Panny Marii Rezerwat oferuje możliwości niedostępne nie tylko na innych placach, ale i w domach, przydomowych ogrodach, przedszkolach i szkołach, można tu robić rzeczy dla większości dzisiejszych kilkulatków zupełnie nie do pomyślenia.

Jest tu pełna poobijanych garnków kuchnia błotna, gdzie można przyrządzić niejadalną zupę kałużankę, jest miejski autobus - wolno wchodzić na jego dach i skakać po pokrytych dermą siedzeniach, niedaleko stoi osobowy mercedes, w całkiem dobrym stanie, z pokrytymi skórą siedzeniami, za to bez silnika.

Do dyspozycji są młotki i wiertarki, puste beczki i opony, palety, kanki, nożyce, poziomice. Regulamin tzw. active-playground, którym jest Rezerwat Dzikich Dzieci, jest bardzo liberalny: dzieci pozostawiono same sobie, ale pod opieką obsługi, ograniczać ma jedynie wyobraźnia.

Wydaje się to najbardziej naturalną i najłatwiejszą do realizacji zasadą, jednak tak nie jest. Swobodna zabawa, bez nadzoru rodziców, bez ogromnej tablicy z zakazami to coś, co dzieci widują w filmach, bo nawet jeśli takiej tablicy nie ma fizycznie - istnieje w małych głowach.

Kto nie wierzy, niech pójdzie na najbliższy miejski plac zabaw. Niemal każdy jest już otoczony ogrodzeniem, mimo że słynny duński architekt Jan Gehl mówił na spotkaniu w Lublinie, że to wywołuje w dzieciach wrażenie, że świat za ogrodzeniem jest zły i niebezpieczny. I niemal na każdym proporcje dziecko - nadzorujący je rodzic wynoszą już 1:1.

Tata-helikopter

- Mamo, czy dostaniemy kanapki? - pytałem jako dziewięcio-, dziesięciolatek moją rodzicielkę i odpowiedź zazwyczaj była pozytywna. Pakowałem kanapki do kieszeni, namawiałem brata i siostrę cioteczną, wychodziliśmy za stodołę i obieraliśmy kierunek.

Północ czy wschód, mniejsza o to, celem było przejście jak najdłuższego odcinka w linii prostej. W ten sposób pokonywaliśmy czasem kilka kilometrów, między łanami zboża, rzędami czarnych porzeczek, malin.

Spotykaliśmy zupełnie obcych ludzi, którzy z zaciekawieniem pytali, dokąd idziemy. Czasem wymyślaliśmy najbardziej niestworzone historie („jesteśmy turystami z Ameryki” i tym podobne), co kwitowane było śmiechem. Szliśmy dalej.

Wyobrażam sobie taką samą sytuację dzisiaj, trzydzieści lat później: kilkoro dzieciaków idzie przez nieznany sobie teren, bez opieki rodzicielskiej, bez telefonu komórkowego i nawigacji GPS, spotykają obcych ludzi i rozmawiają z nimi.

Pozostaje tylko zgadywać, czy policja zostałaby wezwana po dziesięciu, czy piętnastu minutach, czy opieka społeczna zareagowałaby tego samego dnia, czy następnego i czy wyprawa doczekałaby się wzmianki w mediach. Czy to nie zastanawiające, że w tak krótkim czasie zabraliśmy dzieciom ich wolność w imię bezpieczeństwa?

- Najdziwniejsze jest to, że zmiana nastąpiła nie na przestrzeni dziesiątek czy setek lat, a w obrębie jednego pokolenia - mówi Anna Komorowska z Pracowni K., firmy projektującej place zabaw.

- Obecni „rodzice-helikoptery” to dzieci PRL-u, którzy swoje dzieciństwo spędzili na drzewie, w porzuconych kręgach betonowych i na rdzewiejących placach zabaw. Te same osoby nie pozwalają dzieciom wyjść samodzielnie „na pole” (jak to się u nas mówi), a do zabawy wybierają tylko ogrodzone, katalogowe i wygumowane place zabaw. To jeszcze nie koniec, nawet tam nie pozwalają dzieciom bawić się swobodnie, wciąż nad nimi stoją, pilnują, strofują.

Zarażanie śmiercią

„Wzywam o Magna Charta Libertatum, o prawa dziecka. Może ich jest więcej, ja odszukałem trzy zasadnicze: 1. Prawo dziecka do śmierci. 2. Prawo dziecka do dnia dzisiejszego. 3. Prawo dziecka, by było tym, czym jest”, pisał ponad sto lat temu pewien polski pedagog.

Kogo przeraża punkt pierwszy, już wyjaśniam, że autorem słów jest sam Janusz Korczak. I że napisane sto lat temu pozostają aktualne.

„Śmiercią zaraża dziecko taki rodzic, którego miłość i troska nieustannie podsuwają wyobrażenie, że dziecko może zginąć, że może stać mu się krzywda”, tłumaczył słowa autora Jarosław Górski w tekście „Korczak, jakiego znać nie chcemy”.

Tylko dzikich dzieci żal
Łukasz Kaczanowski

„Zarażają dziecko instytucje wychowawcze - przedszkole, szkoła, dom dziecka - w których najważniejszym kryterium działania jest uchronienie dziecka przed fizyczną szkodą, zapobieżenie wszelkim możliwym wypadkom (…) Czy rodzic, czy instytucjonalny wychowawca, będzie więc przede wszystkim zainteresowany tym, aby wpoić w dziecko obawę przed jakimkolwiek zachowaniem niosącym ryzyko fizycznej śmierci lub krzywdy. A że to właśnie wszelkie przejawy życia niosą największe ryzyko śmierci, staramy się, by dziecko żyło jak najmniej: nie biło się, nie biegało, nie brało do ust niczego, co nie zostało zweryfikowane przez wychowawcę, siedziało cicho i spokojnie w widocznym miejscu, aby się nie przewiało, nie zakrztusiło, nie przewróciło, nie zgubiło, aby nie zostało porwane, zgwałcone, zamordowane. To, że dziecko, którego życie jest przytłumione, cierpi, że - tak jak kwiat, któremu odebrano dostęp do słońca - nie ma szans na prawidłowy rozwój, nie interesuje nas wcale, skoro nasze zarażone śmiercią sumienie jest spokojne”, wyjaśniał w swoim artykule Górski.

Przykładem takiego wychowania w lęku było dziecko uczęszczające do jednego z lubelskich przedszkoli w centrum miasta: na dziewczynkę przez całe jej życie nie spadła nigdy kropla deszczu. Jest to możliwe, jakkolwiek strasznie by nie brzmiało:

dziewczynka nie bawiła się bowiem nigdy sama na dworze, w razie ulewy od domu do samochodu odprowadzał ją uzbrojony w parasolkę rodzic, trzymał ją też nad głową dziecka w drodze z auta pod drzwi przedszkola i z powrotem.

Sytuację zmieniła dopiero nowość w podstawie programowej z 2009 roku, która upominała nauczycieli i dyrekcję, by dzieci w przedszkolach spędzały jedną piątą czasu nauki na dworze, bez względu na pogodę.

Nowość została przyjęta przez rodziców z wielkim oporem i wśród narzekań, że może się to fatalnie odbić na zdrowiu ich pociech.

Mogłoby się wydawać, że sytuacja dzieciaków jest nie do pozazdroszczenia. „Moim zdaniem, największą stratą dzieci w ostatnim trzydziestoleciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Nie ma już drzewa na podwórku, gdzie mogłyby przebywać same”, utyskuje wybitny pedagog Jesper Juul w „Przestrzeni dla rodziny”, „Dawniej dzieci kształtowały swoje kompetencje społeczne w zabawie i komunikacji z innymi dziećmi.

Takiej możliwości już prawie nie mają, bo nawet kiedy są razem, to dookoła stoją dorośli, którzy się do wszystkiego wtrącają. Na dodatek, często są oni tak romantycznie lub idealistycznie usposobieni, że nie tolerują żadnych konfliktów.

Niewesoło jest być dzisiaj dzieckiem z tymi dorosłymi, którzy nie odstępują ich na krok. A przy tym zaczyna się w różnych środowiskach pedagogicznych mówić, że dzieci mają wielką potrzebę granic. To po prostu trudne do uwierzenia, bo życie dzieci nigdy nie było bardziej ograniczone niż teraz. Dorośli są przez cały dzień przy nich i je kontrolują”.

Ale może jest światełko na końcu tunelu, bo walka o wolność dziecięcej zabawy dopiero się rozpoczęła.

Leśna kąpiel

- Coraz więcej ludzi mówi „stop”. Powstaje coraz więcej ważnych książek, takich jak „Ostatnie dziecko lasu” czy „Leśna szkoła dla każdego”. Sama napisałam książkę „Ścieżka bosych stóp”, aby pomóc rodzicom w zakładaniu alternatywnych, bo naturalnych, placów zabaw - mówi Anna Komorowska.

Tylko dzikich dzieci żal
Łukasz Kaczanowski

Autorka powołuje się między innymi na japońskie badania. „Yoshifumi Miyazaki dowiódł, że 20 minut ‘leśnej kąpieli’ (z japońskiego ‘shinrin-yoku’) obniża poziom stresu o 13,4 procent. Liczne badania potwierdzają zbawienny wpływ przyrody na dzieci z nadpobudliwością ruchową i problemami z koncentracją”, czytamy w „Ścieżce bosych stóp”.„Jednocześnie coraz więcej rodziców zabrania swoim dzieciom wypadów do lasu czy samodzielnej zabawy na skraju wąwozu. Richard Louv w swojej książce ‘Ostatnie dziecko lasu’ podkreśla, że rzadkie kontakty z naturą powodują, że staje się dla nas coraz bardziej nieznana, co wywołuje w nas lęk”.

- Z mojej perspektywy obserwuję coraz większe zainteresowanie naturalnymi placami zabaw. To kwestia ostatnich kilku lat. Jest coraz więcej rodziców i edukatorów, którzy po prostu zabierają dzieci do lasu, nad łąkę. Warto tu wspomnieć przede wszystkim o Pracowni Edukacji Żywej czy blogu Wielki Zachwyt. Pojawiają się również naturalne place zabaw, np. realizowane w ramach budżetów obywatelskich - komentuje Komorowska. - Inną kwestią są przygodowe place zabaw (tzw. adventure playground).

Rezerwat Dzikich Dzieci w Lublinie to najprawdopodobniej pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce. Idea jest tymczasem bardzo popularna w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Cieszę się, że dotarła również do nas.

Paweł Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.