Tylko tyle zostało po ich życiu

Czytaj dalej
Małgorzata Szlachetka

Tylko tyle zostało po ich życiu

Małgorzata Szlachetka

Zdjęcie ojca i dziecka, list od córki, fotografia chłopaka z dedykacją „Dośce, tak bardzo tęskniącej za Lwowem” - zabrali je w ostatnią drogę. Losy pomordowanych poznajemy dziś dzięki internetowi

Do wyobraźni najbardziej przemawiają dokumenty osobiste ofiar. I zdjęcia sprzed katastrofy II wojny światowej, na których widać dzieci i rodziny ze spokojem uśmiechające się do aparatu.

Państwowe Muzeum na Majdanku w Lublinie na swojej najnowszej wystawie pokazuje wybór takich dokumentów, spośród tych, które zostały odnalezione na terenie byłego niemieckiego obozu na Majdanku, ale też pochodzące z miejsca, jakiemu Niemcy nadali nazwę Flugplatz.

Tylko tyle zostało po ich życiu

Chodzi o zabudowania po przedwojennej Lubelskiej Wytwórni Samolotów, gdzie w czasie okupacji segregowane były ubrania pomordowanych Żydów.

W przypadku ofiar niemieckiej akcji Reinhardt, w której mieli być wymordowani wszyscy Żydzi z Generalnej Guberni, prawie zawsze mamy do czynienia z dokumentami i zdjęciami osób, które zginęły.

- Są one dowodem zbrodni. Absolutnie ostatnie ślady życia tych ludzi. Z tego powodu jest to trudna wystawa. Patrzymy na zdjęcia pięknych, młodych kobiet albo ślicznych dzieci ze świadomością tego, co się z nimi ostatecznie stało - podkreśla Anna Wójcik, szefowa archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku.

Na wystawie „Świadectwa życia w miejscu zagłady”, prezentowanej w Centrum Obsługi Zwiedzających PMM do końca czerwca, oglądamy reprodukcje ponad 100 oryginalnych zabytków. Wybranych spośród ponad 2 tysięcy dokumentów oraz blisko 800 zdjęć.

Warto pamiętać, że osobiste papiery odebrane ofiarom, w tym zdjęcia, były na rozkaz Niemców z zasady niszczone, m.in. już po przybyciu kolejnych transportów do obozu zagłady.

„W grupie tych materiałów znalazły się m.in. dowody osobiste, legitymacje służbowe, paszporty, karty okolicznościowe, świadectwa szkolne, metryki, pamiętniki i notesy z zapiskami, prywatne listy, korespondencja wysyłana z obozów czy więzień niemieckich” - czytamy w zapowiedzi omawianej wystawy.

Wiele z nich przez lata pozostawało świadectwami życia osób, o których nie wiedzieliśmy zupełnie nic albo bardzo mało. Dzisiaj pomocne w odkryciu tajemnic związanych z ich losami stało się przeszukiwanie internetowych baz danych.

- Kiedy w latach 90. zaczynałam się zajmować tą grupą dokumentów, nie było to jeszcze możliwe w takim stopni, jak w tej chwili. Obecnie szczególnie rozbudowane są zagraniczne bazy zawierające m.in. nazwiska Żydów zamordowanych w czasie Holokaustu. Prowadzą je muzea i instytucje z całego świata zajmujące się ochroną pamięci pomordowanych w II wojnie. W internecie są też tzw. księgi pamięci, które ocaleni Żydzi spisywali po wojnie - wyjaśnia Anna Wójcik, szefowa archiwum w Państwowym Muzeum na Majdanku i kuratorka wystawy „Świadectwa życia w miejscu zagłady”.

Album Flory

Album z kilkoma zdjęciami w środku, znaleziony na terenie byłego obozu na Majdanku. Został nazwany „albumem Flory”, bo na płóciennej obwolucie jest pieczątka z imieniem i nazwiskiem: Flora Eichenbronner.

Na wystawę została wybrana kameralna rodzinna fotografia: elegancki pan w kapeluszu trzyma za rękę kilkuletnie dziecko w białym ubranku. Na drzewie, które znalazło się w kadrze, nie ma jeszcze liści, ale musi być ciepło, bo mężczyzna ma rozpięty płaszcz. Być może to ich pierwszy w sezonie wiosenny spacer.

- Dziś, m.in. na podstawie internetowych baz zawierających informacje o ofiarach Holokaustu, potrafimy powiedzieć, że na tej fotografii jest doktor prawa Walter Eichenbronner z córeczką Giselą - mówi Anna Wójcik, kierowniczka archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku.

Możemy też prześledzić wojenne losy Waltera i jego bliskich.

- Razem z żoną Florą i dziesięcioletnią córeczką Giselą 10 maja 1942 roku zostali deportowani z Ilmenau w Niemczech, gdzie mieszkali, do getta w Bełżycach. Czterdziestoletni Walter, jako mężczyzna w sile wieku, jeszcze w Lublinie został wyselekcjonowany do pracy na Majdanku. Prawdopodobnie to właśnie on zabrał ze sobą rodzinny album - opowiada Anna Wójcik.

Nazwisko Waltera Eichenbronnera znajduje się na jednym z zachowanych poobozowych dokumentów Majdanka, w wykazie zmarłych z grudnia 1942 roku. Gdzie zginęły jego żona i córka? Być może jeszcze w getcie w Bełżycach albo już w niemieckim obozie zagłady w Sobiborze.

List z Nowego Jorku

Hermine Krotenthaler na teren okupowanej Polski została deportowana przez Niemców z Wiednia, do getta we Włodawie. Jej nazwisko jest w bazie danych udostępnionych przez Archiwum Dokumentacji Austriackiego Ruchu Oporu w Wiedniu. Ze sobą wzięła to, co było dla niej najdroższe: list córki wysłany z Nowego Jorku. Spisany na ozdobnej papeterii z wizerunkiem pieska.

Tylko tyle zostało po ich życiu

Hermine zabrała też dokument, który jest dowodem na to, że córka próbowała wyciągnąć ją z ogarniętej wojną Europy. Bezskutecznie. Czy kobieta mieszkająca w Stanach wiedziała o gettach i obozach koncentracyjnych? Czy miała świadomość, że jej matce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo?

- Jeszcze w marcu 1940 roku córka, w obecności prawnika i pod przysięgą, złożyła w Stanach oświadczenie, że ma niezbędne środki na utrzymanie matki i w związku z tym nie będzie ona stanowiła obciążenia dla kraju - mówi Anna Wójcik.

Być może potem wysłała kopię tego oświadczenia do Wiednia albo dokument dotarł do niej już oficjalną drogą.

Właścicielkę przeżył także inny dokument, datowany na 1941 rok. Hermine Krotenthaler jest w nim wzywana przez Organizację Pomocy Emigracyjnej w Wiedniu do uzupełnienia danych osobowych związanych z wyjazdem.

- Być może dokument był podstępem ze strony nazistów, którzy zdobywali w ten sposób informacje na temat Żydów - zaznacza Anna Wójcik, kuratorka wystawy „Świadectwa życia w miejscu zagłady”.

Hermine Krotenthaler nigdy już nie zobaczyła córki. Zginęła w niemieckim obozie zagłady w Sobiborze.

Zdjęcia dla dziewczyny

To nie jedno, ale trzy zdjęcia ocalone z zagłady. Powstawały w latach 1940 - 1941. Na jednym z nich uwiecznionych zostało czterech nastoletnich chłopaków, wszyscy noszą opaski z Gwiazdą Dawida. Pozują na balkonie, w garniturach i białych bluzkach. Czy ubrali się elegancko specjalnie do zdjęcia?

- Możemy przypuszczać, że ta fotografia została zrobiona w lwowskim getcie - mówi Anna Wójcik z Państwowego Muzeum na Majdanku.

Mamy też dwa zdjęcia chłopaków, których wizerunki powtarzają się na zbiorowym ujęciu. Jeden z nich pozuje z założonymi rękami, nonszalancko oparty o ścianę. Na tym portrecie nie ma gettowej opaski na ramieniu. Z tyłu odbitki jest dedykacja: „Dośce, tak bardzo tęskniącej za Lwowem”.

Na drugim zdjęciu, legitymacyjnym, jest inny chłopak ze wspomnianej już czwórki, a na rewersie dedykacja: „Dosi, żeby choć trochę pamiętała”.

Kto miał ze sobą te zdjęcia? Czy właśnie dziewczyna, w której podkochiwali się dwaj koledzy?

- Historii właścicieli większości tych osobistych dokumentów prawdopodobnie nigdy już nie poznamy. Wiele twarzy z ocalonych zdjęć na zawsze pozostanie dla nas anonimowymi - nie ma złudzeń Anna Wójcik z archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku.

„Książka umarłych” znaleziona przypadkiem w śmieciach

„Zaraz za bramą I-go pola naszym oczom ukazał się dziwny i zarazem budzący nadzieję widok. Oto na dziedzińcu przed wartownią palił się ogień, na który kilku Niemców nosiło i wrzucało różne książki i papiery. Jak zaraz żeśmy się domyślili, że front walki zbliża się i Niemcy zacierają po sobie ślady” - taką scenę z 22 lipca 1944 roku, ostatniego dnia istnienia niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku, opisywał po wojnie jego były więzień Michał Rękas.

Tylko tyle zostało po ich życiu

Majdanek był pierwszym niemieckim obozem, który został wyzwolony w czasie II wojny światowej. Wycofujący się Niemcy podpalili krematorium, niszczyli też dokumenty z kancelarii obozowej. 23 lipca na teren Majdanka wkroczyła Armia Czerwona. Poobozowe baraki zostały zamienione w koszary.

Na III polu w sierpniu NKWD zaczął funkcjonować obóz dla zatrzymanych żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Jednocześnie przez pewien czas na tym terenie działał punkt werbunkowy do polskiego wojska. Co najmniej do jesieni 1945 roku stacjonowali tam również polscy żołnierze.

Dodajmy, że jeszcze na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku przez Majdanek przeszły tłumy mieszkańców Lublina, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć miejsce kaźni. Wśród nich był także pisarz Jerzy Putrament. Jego reportaże z Majdanka po raz pierwszy ukazywały się na łamach „Rzeczpospolitej”.

Dziennikarski materiał powstał w ciągu dwóch dni: 5 i 6 sierpnia 1944 roku. Wydawnictwo Lubelskie w 1963 roku wydało zbiór tych reportaży pod tytułem „Fabryka śmierci”.

- To tylko jeden barak. Tam dalej są jeszcze buty. A stąd zresztą dużo rozciągnięto. Ludność cywilna... - tak Putrament zacytował słowa osoby oprowadzającej go po terenie byłego obozu, na którym można było jeszcze oglądać zwłoki pomordowanych.

„Wg zeznań wartowników, codziennie całymi workami, a nawet wozami wywożą ludzie postronni trzewiki dla celów spekulacji, kosztem ofiar okupanta” - to fragment pisma z adnotacją tajne z 26 października 1944 roku, jakie zostało wówczas skierowane do Prezydium PKWN.

Zupełnie inna historia to działalność powołanej w sierpniu 1944 roku Polsko-Sowieckiej Komisji do Zbadania Zbrodni Niemieckich na Majdanku. Znaczna część zebranych przez nią dokumentów została wywieziona na teren Związku Radzieckiego. Obecnie znajdują się w dwóch archiwach: w Moskwie oraz w Sankt Petersburgu. Majdanek dysponuje kopiami części z wywiezionych dokumentów.

Wróćmy do 1944 roku. Andrzej Witos, przewodniczący Polsko-Sowieckiej Komisji do Zbadania Zbrodni Niemieckich na Majdanku 26 września 1944 roku pisał do Resortu Spraw Zagranicznych PKWN:

„Prawie wszystkie dokumenty i dowody osobiste więźniów znajdujących się w obozie koncentracyjnym na Majdanku zostały przez Niemców zniszczone, tylko nieliczna część dowodów osobistych, a także „Książka umarłych” zostały przypadkowo znalezione w śmieciach. Obecnie dowody te znajdują się w ręku delegacji sowieckiej Polsko-Sowieckiej Komisji, która zabrała je dla opracowania w Moskwie”.

Kiedy w listopadzie 1944 roku powstało Państwowe Muzeum na Majdanku, nie przestał istnieć problem wojska koszarującego na terenie byłego obozu. Żołnierze używali drewna z baraków na podpałkę. Nie dbali o poobozowe obiekty, kojarzące im się z okresem niemieckiej okupacji.

„Z istniejących do niedawna 18 wież wartowniczych, w tej chwili jest zaledwie tylko trzy zachowane w całości, reszta to albo szkielety, które są w dalszym ciągu rozbierane przez żołnierzy na opał, bądź też w ogóle przestały istnieć” - alarmował w styczniu 1945 roku Antoni Ferski, pierwszy dyrektor Państwowego Muzeum na Majdanku.

Pracownicy muzeum, kiedy tylko dostali dostęp do całego terenu byłego niemieckiego, nazistowskiego obozu starannie go przeszukali. Sprawdzony został obszar między barakami, śmieci, a nawet doły kloaczne. Odnajdywane dokumenty były sukcesywnie czyszczone, inwentaryzowane i umieszczane w archiwum.

„Największe odkrycie miało miejsce nieco później, bo w maju 1948 r., kiedy to korzystając z informacji byłych więźniów, odkopano i wydobyto dokumenty, które na polecenie władz obozowych zostały w lipcu 1944 r. wrzucone do dołu i podpalone, a następnie przysypane ziemią” - pisała Janina Kiełboń we wstępie do publikacji „Państwowe Muzeum na Majdanku w latach 1944-1947”. (Dokumenty związane z początkami muzeum cytuję za wyborem z tego tomu).

Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.