Unia, łapczywy obiekt pożądania

Czytaj dalej
Fot. Marek Szawdyn
Karina Obara

Unia, łapczywy obiekt pożądania

Karina Obara

80 proc. Polaków chce być w Unii. Ale nie chce słyszeć o imigrantach, strefie euro i większej solidarności. - Egoizm i indywidualizm stały się wiodącymi postawami nowej Polski - ocenia dr Bartosz Rydliński.

Najnowsze badania dotyczące Polaków w Unii Europejskiej nie pozostawiają wątpliwości. Chcemy w Unii pozostać, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że mamy z tego korzyści. Głównie finansowe. Polacy mają świadomość, że dzięki Unii dźwignęliśmy się z infrastrukturalnego zaniedbania, ale też spragnieni wolności, możemy bez przeszkód podróżować i pracować w dowolnym miejscu Wspólnoty. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że większość Polaków mówi o konieczności pozostania w Unii na starych zasadach, mimo że PiS, na który głosowali jest przeciw? I co tak naprawdę dla Polaków oznacza „unijna wspólnota”?

Nic nie jest dane raz na zawsze

Badania przeprowadzone przez Fundację Batorego, w których respondenci odpowiadają na pytania: czy Polska powinna przyjąć euro, przejąć większą odpowiedzialność za uchodźców, odsetek odpowiedzi wskazujący na tendencje izolacjonistyczne, zachowawczość, niechęć do głębszej integracji, jest większy niż w wielu krajach Unii.

Badacze z Fundacji Batorego podkreślają, że od 10 lat (z niewielką przerwą) ponad 80 proc. Polaków opowiada się za członkostwem w Unii, a tylko około 10 proc. jest temu przeciwnych. Według sondaży opinii publicznej Polacy nie chcieliby pójść za przykładem Brytyjczyków i głosować za wyjściem z Unii. W badaniu Ipsos przeprowadzonym w czerwcu 2016 roku, tuż po brytyjskim referendum, 77 proc. Polaków opowiedziało się za pozostaniem w UE, a 16 za jej opuszczeniem (7 proc. by nie głosowało).

W tym badaniu najbardziej przychylne Polexitowi było młode pokolenie (18-29 lat) - 27 proc., a najmniej ludzie po sześćdziesiątce - tylko 9 proc.12. Dla porównania - przeważająca większość Niemców (82 proc.) tuż po brytyjskim referendum opowiedziała się za członkostwem w UE. W Danii po Brexicie o 10 proc. wzrosło poparcie dla członkostwa w UE (69 proc.). Jednak znacznie niższe poparcie dla członkostwa w Unii było tuż po Brexicie w Holandii (46 proc. za pozostaniem, 43 proc. przeciw) i we Francji, gdzie za pozostaniem opowiedziało się 45 proc. osób, a przeciw 33 proc.

Wyniki te dowodzą, że i państwa tzw. starej Unii są częściowo negatywnie nastawione do unijnej polityki, ale też do sytuacji politycznej i ekonomicznej w swoich krajach. Pod tym względem wysokie poparcie dla UE w Polsce jest jednym z największych w Europie, ale uwaga - nie, jeśli chodzi o wartości, które Wspólnota ceni wysoko.

- Dziś głębsza integracja, która oznacza przyjęcie euro, wspólną politykę imigracyjną czy azylową, musi się wiązać z przyjmowaniem uchodźców, których Polacy nie chcą, oraz wspólną polityką obronną (np. wysyłanie żołnierzy na misje czy wspólne zakupy zbrojeniowe) - mówi Piotr Buras, dyrektor Warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. - Gdyby rzeczywiście Polacy byli gotowi być w jądrze UE, musieliby zaakceptować te unijne zasady. Aby tak się stało, elity polityczne, opozycja, musiałyby wykonać ogromną pracę. Czyli przekonać Polaków do tego, a nie uważać naszą „europejskość” za coś oczywistego. Bo nic nie jest dane raz na zawsze.

A co, jeśli elity polityczne nie zdołają przekonać Polaków, że Unia to nie tylko pieniądze, ale solidarność, gdy pojawiają się problemy? Czy rząd PiS będzie dążył do jeszcze większej izolacji od Unii?

Dr hab. Marcin Czyżniewski, politolog z UMK żałuje, że nie ma u nas środowiska eurosceptycznego, które opierałoby swój program na konieczności rewizji naszej obecności w Unii, używając przy tym przemyślanych argumentów, a nie emocji.

PiS nie wyprowadzi nas z Unii, bo jej potrzebuje

- ocenia. - Pomijając fakt, że większość Polaków jest zadowolona z Unii, każda władza potrzebuje kogoś, kogo może obarczyć niepowodzeniami, zrzucić winę za istniejące problemy. W sytuacji gdy PiS ma samodzielną większość w parlamencie i całkowicie oddanego prezydenta, taka rola Unii jest szczególnie ważna. Przekaz partii rządzącej dotyczący UE skierowany jest do własnego elektoratu, ale jego echo odbija się na wahających się wyborcach, co może odebrać PiS kilka punktów. Nie mówiąc już o tym, że osłabia naszą pozycję w Unii. Viktor Orban też utrzymuje swój elektorat dzięki ostrej antyunijnej polityce, ale w Brukseli zachowuje się pragmatycznie i mówi zdecydowanie innym językiem. Niestety, nasza polityka unijna jest częścią fatalnej, amatorsko prowadzonej polityki zagranicznej. Obrażanie, grożenie, pouczenie, to środki stosowane w polityce zagranicznej, ale zawsze muszą iść w parze z działaniami pozytywnymi, pragmatyzmem. U nas tego nie ma.

Polska w rozkroku

Konstytucjonalistka, prof Agnieszka Bień-Kacała z UMK przyznaje, że ostatnie wydarzenia nie napawają optymizmem, jeśli chodzi o naszą przyszłość w Unii.

- Z jednej strony chcemy być w Unii, z drugiej zaś jest ona dobrym podmiotem do obwiniania za niepowodzenia, a raczej prawie genetyczne niezadowolenie - mówi. - To trochę tak, jak z Polską. Z jednej strony ją kochamy, gdy chcemy czegoś od niej, a z drugiej traktujemy jak macochę, gdy nam tego nie daje. Zdecydowanie widać naszą roszczeniową postawę.

Chcemy dostępu do wszystkich udogodnień unijnych, ale jeśli przychodzi do wywiązywania się z obowiązków (w tym solidarności z innymi, która jest także naszą konstytucyjną wartością), to już tego nie chcemy. Postawa ta widoczna jest nie tylko u polityków, ale i w całym społeczeństwie

Prof. Bień-Kacała zauważa również, że poddajemy się polityce emocjonalnej, która opiera się na kreowaniu wroga i agresji względem niego. - Jesteśmy w stanie przeznaczyć całą energię na walkę z Unią i jej wartościami - tłumaczy. - Z tym, o co przecież walczyliśmy i do czego dążyliśmy. Niszczymy jedność europejską w imię niezrozumiałych i irracjonalnych emocji. To nasza polityka wyklucza nas z Unii. A wystarczy zadać sobie pytanie: czy tego rzeczywiście chcemy, gdzie jest nasze miejsce, jaką przyszłość budujemy dla naszych dzieci i czy chcielibyśmy mieć takiego przyjaciela, jakim sami jesteśmy?

Zdaniem Katarzyny Piotrowskiej Radziewicz, prawniczki i działaczki Inicjatywy Polskiej, PiS, nawet jeśli ma swoją wizję UE, nie wyprowadzi Polski z Unii, bo politycznie i gospodarczo temu ani żadnemu rządowi to się nie opłaca. Niestabilna sytuacja na świecie związana m.in. ze wzrostem wpływów Federacji Rosyjskiej, nieprzewidywalnej polityki Donalda Trumpa, terroryzmem oraz znaczącym wzrostem gospodarczym tzw. krajów BRICS sprawia, że Polska, która nie jest krajem silnym gospodarczo bez mocnego, instytucjonalnego sojuszu z UE stałaby na straconej pozycji.

- Europejskie rozgrywki polityczne Jarosława Kaczyńskiego są zdecydowanie skierowane na politykę wewnętrzną i podsycanie konfliktu między „nami” (konserwatystami, którzy nie akceptują otwartej, lewicowej polityki UE) a „nimi” (postępowcami, liberalnymi światopoglądowo, którzy chcą zniszczyć nasz system wartości), co w języku wyborczym przekłada się na podział między elektoratem PiS i resztą społeczeństwa - twierdzi Katarzyna Piotrowska-Radziewicz.

Nie lubimy zmian

Pytanie, które należałoby sobie postawić raczej nie idzie w kierunku nie „czy”, ale „jak”. Jak chcemy uczestniczyć w dalszym kształtowaniu relacji między państwami członkowskimi, jaka jest nasza gotowość do włączenia się w kształtowanie spójnej polityki europejskiej, jaka będzie jakość i istota naszego członkostwa w UE? - Patrząc na prowadzoną przez PiS destrukcyjną politykę zagraniczną boję się, że odpowiedź będzie jedna: izolacjonizm i nietraktowanie Polski jako ważnego poważnego partnera - obawia się Katarzyna Piotrowska-Radziewicz. - To, że Polacy są jednym z narodów, który bardzo negatywnie nastawiony jest wobec głębszej integracji, imigracji czy przyjęcia euro wynika z tego, że jesteśmy społeczeństwem homogenicznym, z dominującą w życiu publicznym religią katolicką i zakorzenionym konserwatyzmem. Nie lubimy zmian, a nasze zaangażowanie społeczne jest małe. Skupieni na swoich potrzebach mamy problem z okazaniem solidarności i angażowaniem się w działania, które niekoniecznie dotyczą naszego własnego podwórka.

Dr Bartosz Rydliński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie uważa za to, że nasz problem z solidarnością wewnątrz Unii polega na tym, że po 1989 r. idea ta została zupełnie zapomniana. - Egoizm i indywidualizm stały się wiodącymi postawami nowej, suwerennej Polski - mówi. - Większość z nas patrzy na Unię jako organizację dotującą nasz wysiłek modernizacyjny w ramach wyrównywania historycznych krzywd. Szkoda, że od prawie 13 lat nie nauczyliśmy się patrzeć na Europę jako na wspólny dom. Dobrze, gdyby polskie elity polityczne wyciągnęły z tego wnioski. Inaczej Polska stanie się podróżnym ostatniej klasy, tracąc historyczną szansę naprawy Unii Europejskiej.

Karina Obara

Polityka, psychologia i kultura są ze sobą nierozerwalnie związane i dlatego fascynują mnie dziennikarsko. To, co ludzie wyprawiają na tych polach jest warte pokazania. Zdanie niech każdy wyrobi sobie sam:-)

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.