Urwane losy koleżanek ocalonych w słowie

Czytaj dalej
Fot. archiwum Stanisławy Ziemnickiej
Małgorzata Szlachetka

Urwane losy koleżanek ocalonych w słowie

Małgorzata Szlachetka

- Bardzo je lubiłam. Marysia była zawsze dobrze przygotowana do lekcji, Rózia była bardziej nieśmiała. Obie były mi bliskie - wspomina Julia Hartwig. Odkrywamy tajemnice jednego z jej lubelskich wierszy.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej, na granicy świeżo utworzonego getta. Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego. Tak kończy się wiersz ,,Koleżanki” autorstwa Julii Hartwig.

- To jeden z ważnych lubelskich utworów poetki, a jednocześnie jeden z najbardziej przejmujących, polskich wierszy o Holokauście. Umieściłbym go obok ,,Warkoczyka” Tadeusza Różewicza - tak rozmowę o ,,Koleżankach” zaczyna Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN. Instytucji, która od ćwierć wieku odszukuje i składa okruchy pamięci o Żydach z Lublina. - Nigdy nie myślałem o Miriam i Regince, jak o realnie istniejących osobach. Były zamknięte w wierszu - tylko tam żyły - przyznaje Tomasz Pietrasiewicz.

W 2006 roku Wioletta Wejman z Teatru NN spotkała się z lublinianką Danutą Riabinin, aby wysłuchać jej wspomnień o szkolnych czasach i przedwojennym Lublinie. Kobieta skończyła żeńskie gimnazjum i liceum Unii Lubelskiej, maturę zdała w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny. Podczas tej rozmowy pani Danuta wyciągnęła swój pamiętnik z tamtych czasów, chciała pokazać wpisy, jakie zrobiły dla niej koleżanki z klasy, Julia Hartwig i Anna Kamieńska, przyszłe poetki. - Moją uwagę zwróciło nazwisko: Marysi Rechtszaft. To była jedyna osoba z tego pamiętnika, której losy się urywają w czasie II wojny. Nikt nie wie, gdzie zginęła - relacjonuje Wioletta Wejman, koordynatorka programu Historia Mówiona w Teatrze NN.

Pani Danuta Riabinin zmarła w grudniu 2015 roku, ale w Lublinie ciągle mieszkają jej szkolne koleżanki sprzed lat. Postanowiłam porozmawiać z trzema z nich.

Miała już opaskę na ręku

Stanisława Ziemnicka (z domu Tkaczyk) świetnie pamięta, kiedy poznała Marysię Rechtszaftównę. W tym dniu obie zdawały egzamin wstępny do gimnazjum.

- W czasie przerwy do innych osób przychodzili rodzice, a ja byłam sama. Może dlatego mama Marysi zwróciła na mnie uwagę? - zastanawia się. - Po wakacjach usiadłam razem z Marysią. Bo obie odstawałyśmy od środowiska. Ona była Żydówką i trochę grubiutka, a ja ze wsi. Gdy do klasy doszła Rózia Rubinfajer, Marysia usiadła w ławce z nią. Poza tym, wtedy już wszystkie byłyśmy zżytą grupą - opowiada Stanisława Ziemnicka.

Marysia Rechtszaft i Rózia Rubinfajer wychodziły z klasy, kiedy zaczynała się lekcja religii katolickiej. - Ale przecież w klasie miałyśmy też ewangeliczkę i prawosławną, one też miały swoją religię - dodaje moja rozmówczyni.

Pani Stanisława pamięta słoneczne mieszkanie Marysi z ulicy Radziwiłłowskiej 3. Ostatni raz spotkały się w czasie wojny.

- Nosiła już opaskę, odprowadziła mnie na przystanek i serdecznie się pożegnałyśmy. Jak wsiadłam do autobusu, jakiś człowiek oburzył się na mnie, że rozmawiam z Żydówką - wspomina Stanisława Ziemnicka. - Wiem, że Marysia była potem w getcie...

Uczennice Unii na studniówce. Na zdjęciu m.in. Julia Hartwig (drugi rząd od dołu, siedzi w środku), Rózia Rubinfajer (na samym dole, pierwsza z lewej),
Edward Hartwig/archiwum Julii Hartwig Uczennica Julia Hartwig w obiektywie swojego brata, zdjęcie z 1938 roku.

Danuta Riabinin tak opowiadała Wioletcie Wejman z Teatru NN o swoim ostatnim spotkaniu z koleżanką z klasy, już w czasie okupacji: ,,I Marysia sprzedawała po prostu gazę i watę. Oczywiście wszystko kupiłyśmy, co tylko można było, ale ona była tak przerażona, że w ogóle nic nie chciała mówić. To już był taki śmiertelny strach w jej oczach. To już były oczy człowieka, który wie, że jest skazany”.

Michalina Dąbkowska przez telefon czyta mi, ułożoną alfabetycznie, listę nazwisk jej koleżanek z klasy z Unii, z rocznika 1937-1938. Przy nazwisku obu naszych bohaterek jest adnotacja o liceum humanistycznym i słowa „nie żyje”.

- W roczniku było nas 73, podzielone byłyśmy na trzy klasy: o profilu humanistycznym, przyrodniczo-geograficznym i matematyczno-fizycznym - wyjaśnia Michalina Dąbkowska. - Tę listę zrobiłyśmy wspólnie, te z nas, które wiele lat po wojnie przyszły na jubileusz naszego liceum- precyzuje Dąbkowska.

Pani Barbara - która zdała maturę w Unii rok przed klasą Julii Hartwig, w 1938 roku - przyznaje, że nie pamięta Marysi Rechtszaft i Rózi Rubinfajer. Świetnie pamięta za to Celinkę Rechtównę, jedyną Żydówkę z jej klasy. - Mieszkała przy Bernardyńskiej, między browarem Vetterów i Zamojską, dziś tej kamienicy już nie ma. Celinka była blondynką o niebieskich oczach, w ogóle nie miała żydowskich rysów i świetnie mówiła po polsku. To była ładna i spokojna dziewczyna z kulturalnej rodziny - opowiada jej szkolna koleżanka sprzed lat. - Ostatni raz spotkałyśmy się u niej w domu już w czasie okupacji. Przyszło parę koleżanek z klasy i chyba ktoś jeszcze. Każda z nas coś z nas przyniosła: herbatę, kakao...To co się udało zdobyć, to wtedy były skarby - wspomina pani Barbara.

Wymagająca łacinniczka

Gdy rozmawiam ze Stanisławą Ziemnicką o jej szkolnych czasach, w pewnym momencie z jej strony pada pytanie: Zna pani taki wiersz Hartwiżanki o jej szkolnych koleżankach?

- Hartwiżanka napisała o Marysi i Rózi. To naprawdę tak wyglądało! Łacinniczka, o której czytamy w tym wierszu to profesor Pliszczyńska. Ona była wymagająca, ale nie złośliwa, chociaż jeśli uczennicy coś nie wychodziło, to traktowała ją z góry - opowiada Stanisława Ziemnicka. I dodaje: - Ja z łaciny byłam dobra, więc dobrze wspominam te lekcje. Pani Pliszczyńskiej jestem też wdzięczna za zorganizowanie nam klasowej, pieszej wycieczki do Jastkowa. Złożyłyśmy wtedy kwiaty na tamtejszym cmentarzu Legionistów.

Cieszyły się ze spotkania

Julia Hartwig odpowiedzi na moje pytania spisuje ręcznie. Obok ostatnich wersów wiersza ,,Koleżanki” umieszcza adnotację: Tak było. To jest zapis rzeczywistości.

- Tak, i Miriam i Reginka były uczennicami z mojej klasy, w Unii. Ostatni raz widziałam je obie, kiedy nie mogły już opuszczać getta, ale udało mi się je odwiedzić - pisze poetka. - I Marysia i Rózia cieszyły się ze spotkania, które było (...) serdeczne, ale trudne ze względu na odmienność sytuacji, w jakiej znalazłyśmy się: Marysia i Rózia nie mogły przekraczać granicy getta. Spotkałyśmy się u wylotu Lubartowskiej. Rozmawiałyśmy chwilę, nie było to łatwe, ale serdeczne.

Uczennice Unii na studniówce. Na zdjęciu m.in. Julia Hartwig (drugi rząd od dołu, siedzi w środku), Rózia Rubinfajer (na samym dole, pierwsza z lewej),
Joanna Zętar Julia Hartwig w Zaułku Hartwigów na lubelskim Starym Mieście.

Julia Hartwig nie wie, w jakich okolicznościach zginęły jej koleżanki. Dodaje, że jeszcze przed wojną kilkakrotnie była w rodzinnym domu Marysi Rechtszaft, przy ulicy Radziwiłłowskiej, ,,zawsze bardzo gościnnie przyjęta przez Marysi Matkę”. O czym poetka myśli, wracając teraz pamięcią do Marysi i Rózi? Julia Hartwig: - Bardzo je lubiłam. Marysia była zawsze dobrze przygotowana do lekcji, Rózia była bardziej nieśmiała. Obie bliskie.

Wiersz „Koleżanki” będzie jednym z elementów upamiętnienia w przestrzeni miasta granic niemieckiego getta na Podzamczu, które planuje Teatr NN. Słowa poetki zostaną znajdą się przy ulicy Kowalskiej, od strony Lubartowskiej. Tam, gdzie w czasie wojny było wejście do getta.

- Przez jakiś czas Rechtszaftowie mieszkali przy ulicy Kowalskiej. Wiemy to z akt Judenratu, które obecnie są w Archiwum Państwowym w Lublinie. Czy było to jedyne mieszkanie, do którego zostali przesiedleni prze Niemców? Tego nie wiemy, podobnie jak tego, jaki był adres Rózi - mówi Wejman. Czy obie zginęły wiosną 1942 roku, w akcji likwidacji getta na Podzamczu? Zostały zamordowane jeszcze w Lublinie, a może w obozie zagłady w Bełżcu, dokąd Żydzi jechali w bydlęcych wagonach. Osób o ich imionach i nazwiskach nie ma na liście tych, którzy legalnie mogli przenieść się do getta na Majdanie Tatarskim. - Nie mamy dokumentów potwierdzających to, że Maria Rechtszaft i Rózia Rubinfajer były więźniarkami lub zginęły w obozie na Majdanku -informuje Anna Wójcik. szefowa archiwum Muzeum na Majdanku.

Zostało tylko zdjęcie. Marysia i Rózia są na nim uwiecznione z innymi koleżankami.

Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.