W sierocińcu w Pieskowej Skale dzieci tęskniły za mamą, za tatą

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Konrad Piskała, Leon Popek, Tomasz Potkaj

W sierocińcu w Pieskowej Skale dzieci tęskniły za mamą, za tatą

Konrad Piskała, Leon Popek, Tomasz Potkaj

Do zamku pod Krakowem trafiły dzieci, którym udało się przeżyć rzeź na Wołyniu. Autorzy książki „Kres. Wołyń. Historie dzieci ocalałych z pogromu” odnaleźli niektóre z nich, by opisać ich losy

Pieskowa Skała, 1944 rok. Helenka Przytocka miała długie, piękne warkocze. W Sokołowie mówiło się: kosy. Właśnie usłyszała, że z uwagi na wszy na początku będzie chodziła z głową ostrzyżoną prawie do gołej skóry. Niedługo, bo włosy szybko odrosną. Ale takie warkocze? Minie wiele miesięcy, a może nawet rok, zanim znów będzie mogła je zapleść.

Nie ścinajcie mi włosów

Słonecznego dnia stała z nową grupą dzieci przed wejściem na dziedziniec zamku w Pieskowej Skale. Dzieci po kolei podchodziły do mężczyzny siedzącego na małym krzesełku. Mężczyzna miał w ręku duże, czarne nożyce.

Strzygł włosy, które opadały na bruk dziedzińca, jak pierze. Potem poprawiał maszynką i dopiero wtedy dzieci mogły pójść dalej. Maszynka była tępa, wyszarpywała włosy, ale dziewczynki wcale nie płakały z bólu, lecz z żalu. Te włosy to coś więcej niż tylko fryzura. To ich skarb z domu. Świadectwo dawnego życia. Czasów, kiedy były szczęśliwe. To też symbol niewinności, dziewictwa. Kosy obcinało się przecież dopiero po ślubie. Dziewczynki mogły być głodne, nie mieć butów, ubrań, ale włosy zawsze nosiły starannie uplecione. Najczęściej w jakiś rodzaj gretki - dwóch warkoczy skrzyżowanych przez głowę.

Kiedy nadeszła pora na Helenkę, ta zamiast potulnie pochylić głowę jak inne, rzuciła się do ucieczki.

Nie dobiegła daleko. Mężczyzna ruszył za nią. Zatrzymał i siłą zaciągnął na krzesło. Helenka chwyciła włosy tak mocno, że mężczyzna nie mógł oderwać jej rąk. Szarpał, a ona płakała. Obcinał maszynką tylko tam, gdzie nie było jej dłoni. A ona chciała uratować jak najwięcej. Więc rozczapierzała palce i kręciła głową. Później jako jedyna dziewczynka w całym sierocińcu nosiła dłuższe włosy. Te uratowane zaczesywała tak, żeby nie było widać łysiny.
W sierocińcu zawsze wiedziano, kiedy przyjechała nowa grupa. Cały dziedziniec zanosił się wtedy od płaczu. Ścinanie włosów i warkoczy to był rytuał, wszystkie dzieci musiały przez to przejść. Tylko chłopcy nie protestowali.

Było im wszystko jedno

Janka Sąsiadowska też najpierw nie protestowała, ale teraz siedzi na krześle i płacze. Widzi, jak na ziemię spadają warkocze, które sięgały jej aż do pasa. Najpierw z lewej, potem z prawej strony. Kiedy mężczyzna poprawia maszynką, robi jej się zimno. Potem dzieci idą do sal. Chłopcy i dziewczynki oddzielnie. Rozbierają się i oddają ubrania do pralni. Grupa starszych dziewczynek to Szarotki. Do niej trafia Janka. Przez pierwszych kilka dni dzieci przechodzą kwarantannę. Siedzą więc na łóżkach i patrzą w okna. Potem dostają czyste ubrania. Janka ma inne niż te, które oddała.

Ale nie jest jej żal.

Chcę być z siostrą

Z kolei dziewięcioletniej Wandzie Iłeczko szkoda pięknej, czerwonej sukienki w kwiaty, którą na podróż uszyła jej mama. Ta, którą dostała z pralni, nie jest tak ładna. Do Pieskowej Skały przyjechała z Broszniowa-Osady niedaleko Kałusza ze starszą siostrą Helenką. Przed odjazdem mama przykazała, żeby trzymały się razem. Dlatego kiedy w Krakowie siostry rozdzielono do różnych sierocińców, Wanda uderzyła w płacz. Stała na dużym placu pośród ciężarówek, łzy ciekły jej po twarzy. Nagle obok pojawił się ksiądz w dużym kapeluszu na głowie.

- Dziecko, a czemu ty płaczesz?

- Bo tam jest moja siostra. A mnie nie chcą z nią wziąć!

- Siadaj - ksiądz zdecydowanym ruchem wciągnął dziecko na platformę, potem wszedł sam. Usiadł obok, podniósł sutannę, pod którą miał czarne spodnie, przykrył Wandę i przykazał, żeby siedziała cicho.

Tak Wanda dotarła do Pieskowej Skały. Razem z Helenką.

Największą salę zamku zamieniono na sypialnię. Siennik przy sienniku, na każdym koc i poduszka, prześcieradło. Na początku chłopcy i dziewczynki spali w jednym pomieszczeniu. Po pewnym czasie umieszczono ich w oddzielnych salach. Wanda z siostrą znalazły miejsce pod oknem. O codzienności w sierocińcu dzieci piszą w listach.

Listy do mamy i taty

Bronek Deresz:

„Wstajemy rano o wpół do siódmej, myjemy się, modlimy i jemy śniadanie: chleb z marmoladą i kawę słodką z mlekiem. Potem ścielimy łóżka, pomagamy przy gospodarstwie, pracujemy w ogrodzie i bawimy się piłką. O 12 jest obiad. Zupa ziemniaczana albo inna, kasza z jajecznicą i inną. Po południu też pomagamy i bawimy się. Po podwieczorku myjemy się dokładnie do pasa mydłem i szczotką. Nogi też codziennie. Do szkoły będziemy chodzić dopiero za tydzień. Po kolacji jest nabożeństwo majowe i o ósmej idziemy spać. Każda grupa ma swojego wychowawcę lub wychowawczynię”.

Jest także czteroklasowa szkoła. Pisania, czytania i rachunków uczą wychowawczynie. Ksiądz prowadzi lekcje religii. Chodzą do niej też dzieci z pobliskiej Sułoszowej, ale nie przyjaźnią się z sierotami. Mają drugie śniadania, a dzieci z zamku są ciągle głodne. Nie potrafią się skupić na nauce, gdy któreś ze wsi je kanapkę. Wanda Iłeczko znów znalazła się w pierwszej klasie, choć chodziła już do szkoły w rodzinnym Broszniowie-Osadzie. W sierocińcu trafiła do Pszczółek - najmłodszej grupy. Po ponad 70 latach wciąż pamięta, że śpiewały taką piosenkę:

My jesteśmy pszczółki pracowite
Zawsze grzeczne i czysto umyte
Z rana w pół do siódmej jest pobudka
I już krząta się pszczółka malutka
Myje, czesze, trzepie, porządkuje,
Bo w czystości pszczółka się lubuje.
Chodzimy też często na las i na pole
Tam jesteśmy w księdza dobrej szkole
A jak potem nam smakuje kasza,
Gdy do stołu długi gong zaprasza

Wychowawczynie pilnowały, żeby dzieci utrzymywały porządek i codziennie się myły. Mama Wandy z bratem Jankiem i ciotką przyjechała do Pieskowej Skały następnym transportem. Na Broszniów-Osadę nie było napadu.

Można powiedzieć, że rodzina Iłeczków miała dużo szczęścia.

Jadwiga Klimaszewska, kierowniczka sierocińca, zatrudniła Marię Iłeczko w kuchni. Za wyżywienie. Nie była to łatwa praca. Także dlatego, że zamek, choć piękny, w ogóle nie jest przystosowany, by mieszkały w nim dzieci.

Piękny zamek, bez wody

Nie ma wody i kanalizacji. Sanitariaty urządzono za zewnętrzną bramą. Pomieszczenia oświetlano za pomocą świec i karbidówek.

Wodę trzeba ciągnąć z zabytkowej studni z kołowrotem, która stoi w rogu wewnętrznego dziedzińca. Studnia została wykopana w czasach Kazimierza Wielkiego, ma ponad 40 metrów głębokości, kiedy się nachylić, ledwie widać oczko wody. Potem w napełnionych kociołkach trzeba tę wodę nosić do kuchni, schodami w dół, do sal - do mycia, schodami w górę i do wszystkich innych potrzeb. Dzieci pełnią dyżury w kuchni, pomagają nabierać wodę.

W końcu studzienny czerpak się psuje, więc wodę trzeba nosić z Prądnika. Trzeba schodzić kilkadziesiąt stromych stopni ze wzgórza, przejść przez szosę, nabrać wody i wrócić z powrotem. To zajęcie dla najstarszych chłopców. Nie ma siły, trochę wody podczas tej wędrówki zawsze się wychlapie.

Konrad Piskała, Leon Popek, Tomasz Potkaj

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.