Weterynarz z Dębicy, który pisze książki. Ma szansę na nagrodę literacką Nike!

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Monika Sroczyńska

Weterynarz z Dębicy, który pisze książki. Ma szansę na nagrodę literacką Nike!

Monika Sroczyńska

Radek Rak z Dębicy. Z zawodu weterynarz. Pasjonują go góry, baśnie, legendy i podania, które pochłania, a później przetwarza w literaturę fantasy. Właśnie znalazł się wśród siedmiu nominowanych do Nagrody Literackiej Nike 2020 za powieść „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”.

Jakie towarzyszyły panu emocje, kiedy dowiedział się pan, że jest jednym z siedmiu nominowanych do nagrody Nike 2020, najważniejszej nagrody literackiej w Polsce?

Najbardziej to chyba się zdziwiłem, ale też oczywiście ucieszyłem. To bardzo miłe, że książka fantasy o lokalnej historii budzi takie zainteresowanie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego.

Skąd u weterynarza zainteresowanie historią, a wcześniej fantastyką?

To chyba powinna być odwrotna kolejność, bo fantastykę czytałem i pisałem na długo przed tym, jak zostałem weterynarzem. Tolkien i Schulz byli obecni w moim życiu od dziecka, na długo przed tym, zanim zacząłem na poważnie myśleć o jakiejś drodze zawodowej.

Dlaczego weterynaria, skoro pisanie wychodzi panu zacnie? Z tego co wiem, już w liceum język ojczysty był pana konikiem. Był pan finalistą w zawodach centralnych Olimpiady Literatury i Języka Polskiego.

Bo natura bardzo mnie pociągała od najwcześniejszych lat i wybór jakiegoś zawodu z nią związanego był naturalną konsekwencją.
Ta olimpiada wyszła trochę przypadkiem. Bardzo nie chciałem zdawać matury z języka polskiego, bo promowała ona schematyzm, brak kreatywności czy w ogóle brak myślenia innego niż pod klucz, i z tego co wiem, nic się do tej pory nie zmieniło. Łatwiej było zostać finalistą olimpiady i nie musieć zdawać tej dziwnej matury.

Czy bardziej realizuje się pan jako lekarz weterynarii, czy jednak jako pisarz?

Pisanie i leczenie zwierząt to są dwie odrębne rzeczywistości, ale i tak trochę się przenikają. Weterynaria trzyma mnie przy ziemi, w świecie ciała i nie pozwala nadmiernie „odlatywać“ w trakcie pisania. Z drugiej strony praca literacka wymaga otwartego myślenia i porzucenia utartych schematów, daje więc pewną świeżość myślenia, która przydaje się również w weterynarii.

Jak udaje się panu pogodzić obowiązki zawodowe z aktywnością literacką?

Jakoś się udaje, choć bywa ciężko, bo obie prace wymagają ciągłego doskonalenia, rozwoju. Samo pisanie powieści to tylko czubek góry lodowej, bo przecież zawsze kryją się pod tym lata researchu, grzebania po źródłach, dowiadywania się i doświadczania różnych spraw. Do tego dochodzą zwykłe domowe sprawy, o które trzeba zadbać. Na szczęście jak dotąd udaje mi się narzucić sobie żelazną dyscyplinę, nie odpuszczać i zorganizować wszystko jak należy. Mógłbym pewnie pracować w dziale logistycznym jakiejś firmy.

Dlaczego wziął pan na warsztat akurat Jakuba Szelę?

Zawsze miałem poczucie krzywdy, że wszystkie wielkie opowieści rozgrywają się w różnych Londynach, Nowych Jorkach czy Krakowach, a w Dębicy nic. Pomyślałam więc, że jestem winny opowieść moim rodzinnym stronom. Postać Szeli wydała mi się ciekawa, także z tej przyczyny, że pojawiał się on w rodzinnych historiach. Po drugie, narracja o Polsce, w której wyrastałem, ta szkolno-szlachecka rodem z dworku modrzewiowego, nigdy nie była narracją moją ani mojej rodziny. Jak daleko sięgałem w przeszłość, tak daleko widziałem wyłącznie chłopów, ludzi bez głosu i historii. Pomyślałam więc, że ja im ten głos dam.

I co się okazało?

Dotarłem do zeznań chłopów, którzy brali czynny udział w rabacji i którzy później byli przesłuchiwani przez policję austriacką. Tam nikt nie mówił o tym, że chcemy, żeby było nam lepiej. Było o tym, że chcemy zabić tego i tego, bo był draniem i zrobił nam to i to.

Przyszło rozczarowanie?

Trochę wcześniej wiedziałem, że nie każdy Robin jest pozytywnym bohaterem. Jako bardzo mały chłopak oglądałem film o Robin Hoodzie, mój dziadek widząc to, skrzywił się i powiedział, że opowie mi o takim prawdziwym. To było moje pierwsze spotkanie z Jakubem Szelą. Potem, w szkole, dowiedziałem się, kim Jakub Szela był, co było dla mnie wielkim szokiem. Okazało się, że Robin Hood mordował jednak ludzi.

Oczywiście, nie ma bohaterów, którzy są jednoznacznie dobrzy bądź źli. Na początku chciałem Szelę potraktować w taki sposób, żeby czytelnik go lubił. Ale im więcej czytałem na jego temat, tym mniej jawił mi się jako trybun ludowy, a bardziej jako ktoś, kto na uwadze ma jedynie własny interes. Nawet po stłumieniu rabacji przez Austrię, Szela dla bezpieczeństwa został przeniesiony do Tarnowa, czyli został internowany. Będąc w Tarnowie, wcale nie troszczył się o tych swoich chłopów. Myślał tylko o sobie.

W historii Polski, Galicji, było wielu bohaterów, których można by użyć do prezentowania ideałów rewolucyjnych, jak na przykład Ignacy Daszyński, ale z pewnością nie był nim Jakub Szela.

Gdy już znaleźliśmy się w Galicji i dotarliśmy tak blisko Dębicy, czyli pana rodzinnego miasta, chciałabym zapytać, kto, a może co, pana ukształtowało, miało wpływ na decyzje zawodowe czy rozwój pasji?

Dębica jest oczywiście moim miastem i nim pozostanie, choć od pięciu lat mieszkam w Krakowie. Mam z Dębicą wiele wspomnień i są to przeważnie wspomnienia dobre. Jeśli zaś miałbym wymieniać osoby, które bardzo mi pomagały w pisaniu „Baśni“ i wcześniejszych tekstów, to ich lista byłaby pewnie równie długa, co ten wywiad.

Większość z nich - moi wydawcy, redaktor, przyjaciele po piórze, pierwsi czytelnicy powieści - nie ma nic wspólnego z moim rodzinnym miastem. Zostając jednak kręgu osób związanych z Dębicą, muszę wymienić przede wszystkim Arkadiusza Więcha, historyka zajmującego się m.in. historią Galicji i autora książki o przedwojennej Dębicy, pracującego obecnie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Arek pomagał mi w doborze lektur i zgodził się napisać posłowie do książki, w którym wyjaśnia, że co bardziej nieprawdopodobne zdarzenia z powieści miały miejsce naprawdę.

W szkole podstawowej zainteresowanie historią zaszczepił we mnie mój nauczyciel historii, pan Jacek Dymitrowski, a polonistka, śp. Barbara Brniak, pomagała mi stawiać pierwsze kroki w pisaniu. Z czasów szkoły średniej bardzo dobrze wspominam śp. Lidkę Górską z biblioteki w liceum im. Władysława Jagiełły, która dzieliła się ze mną wieloma lokalnymi opowieściami.

Ogólnie wspomnienia z różnych etapów edukacji mam bardzo wyboiste, ale wymienionym osobom bardzo wiele zawdzięczam, choć nie miałem okazji im tego powiedzieć. Rzecz jasna pierwszą i najbardziej krytyczną czytelniczką pozostaje moja wspaniała żona, zawsze też mogłem liczyć na wsparcie rodziców.

***

Za powieść „Puste niebo“ Radek Rak w 2017 roku otrzymał Złote Wyróżnienie w Nagrodzie Literackiej im. Jerzego Żuławskiego oraz nominację do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. We wrześniu ubiegłego roku ukazała się jego powieść „Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli“, która w 2020 przyniosła mu nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii prozy oraz do Nagrody Literackiej Nike 2020, Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego.

Nagroda Literacka Nike - polska nagroda literacka za książkę roku przyznawana od 1997. W tym roku w ścisłym finale znalazły się dwie powieści, dwa eseje, biografia i dwie książki reporterskie. O nagrodę zawalczą trzy kobiety i czterech mężczyzn. Zdobywcę poznamy już 4 października. Autor nagrodzonej książki otrzymuje statuetkę Nike oraz nagrodę pieniężną w wysokości 100 000 złotych.

Monika Sroczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.