Z Seattle, przez Poznań, do Skandynawii. Erik Witsoe szuka dalekich krewnych

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Erika Witsoe
Cyprian Łakomy

Z Seattle, przez Poznań, do Skandynawii. Erik Witsoe szuka dalekich krewnych

Cyprian Łakomy

Pod koniec kwietnia, mieszkający w Poznaniu fotograf, wybiera się na daleką Północ, tropić korzenie swojej rodziny.

Od dłuższego czasu pozwala mieszkańcom Poznania spojrzeć na miasto ze świeżej perspektywy. Na jego fotografiach Stary Rynek, Jeżyce czy Święty Marcin jawią się w zupełnie nowym świetle. Nawet tym, którzy każdego dnia przemierzają je w drodze do pracy. Erik Witsoe zaczarowuje poznańską codzienność.

Teraz chce na chwilę oderwać od niej wzrok i przyjrzeć się własnej historii. Pod koniec kwietnia, razem z ciotką Mary i wujem Frankiem, rusza do Szwecji i Danii szukać dalekich krewnych i uzupełniać luki w dziejach swojej rodziny.

Ani słowa po szwedzku

- Kiedy pięć lat temu przyjechałem do Polski i otworzyłem kawiarnię, a ludzie pytali mnie, skąd jestem, byłem zakłopotany. Odpowiadałem, że z Seattle.

Ale zdarzały się też pytania o moje korzenie, więc mówiłem, że moja rodzina to z pochodzenia Norwegowie, Szwedzi i Duńczycy. Wtedy często proszono mnie o powiedzenie choćby zdania czy to po norwesku, czy szwedzku. Było mi głupio, bo w żadnym z tych języków nie znam ani słowa! - mówi Erik Witsoe.

Przez ostatnie lata Witsoe na dobre zżył się z Poznaniem i jego mieszkańcami. Prócz Big Foot Coffee Shop, którą prowadził do zeszłego lata w Pasażu Apollo i regularnego publikowania fotografii ulicznej, gościł w mediach, opowiadając o życiu w stolicy Wielkopolski z perspektywy obcokrajowca. Wystąpił też na konferencji TEDex oraz wydał nagrodzony album fotograficzny „Okiem przybysza”. Można było odnieść wrażenie, że zapuścił tu korzenie. Przynajmniej do pewnego stopnia.

Wszystko zmieniło się w chwili, gdy w zeszłym roku, po raz pierwszy od czasu wyjazdu do Polski, odwiedził rodzinę w Seattle.

Erik podczas zeszłorocznej wyprawy do Ålesund w Norwegii
Archiwu Erika Witsoe Erik Witsoe na zdjęciu z dziadkiem, matką i prababką. W tle powstające drzewo genealogiczne jego rodziny

- Odwiedziłem moją ciotkę Mary i wuja Franka. Podczas wizyty napomknęli o tym, że od jakiegoś czasu zajmują się genealogią naszej rodziny. Kiedy zapytałem o szczegóły, wyciągnęli drzewo genealogiczne, sięgające niemal pięciu wieków wstecz. To tylko połowa historii mojej rodziny, bo dotyczy wyłącznie strony mojej matki - mówi Amerykanin.

Swoje badania Mary i Frank prowadzą od około pięciu lat.

Wtedy oboje dobrowolnie zapisali się na test krwi, mający ustalić pochodzenie ich rodziny. Z każdym kolejnym miesiącem informacji na temat wywodzących się z północy Europy przodków przybywało.

- Podczas moich odwiedzin sami zaproponowali, żebyśmy wspólnie wybrali się do Szwecji i Danii, i poszukali żyjących osób, z którymi łączą nas więzy krwi. Kompletnie mnie tym zaskoczyli. Od razu postanowiłem towarzyszyć im w tej wyprawie

- mówi Erik.

Amerykańska niepamięć

Witsoe wyznaje, że zadanie odtworzenia rodzinnej historii, którego podjęli się jego ciotka i wuj, nie jest i nigdy nie było czymś szczególnie popularnym w kraju, z którego pochodzi.

- W Stanach niewiele osób zastanawia się nad takimi rzeczami. Jeśli czyjaś rodzina wywodzi się np. ze Szwecji czy Irlandii, to ludziom zazwyczaj wystarcza taka informacja. Podobnie było w moim dzieciństwie. Wszyscy byliśmy przecież i tak z jednego sąsiedztwa, jednego ogromnego tygla kulturowego. Byliśmy po prostu Amerykanami. Mało kto spośród nas chciał sięgać pamięcią choć trochę głębiej - twierdzi.

Ludźmi osiedlającymi się w USA kierowały na przestrzeni wieków różne motywacje. Często w ramach realizacji Amerykańskiego Snu, wielu nowo przybyłych świadomie ukrywało albo starało się zapomnieć o swoim pochodzeniu.

Erik podczas zeszłorocznej wyprawy do Ålesund w Norwegii
Archiwum Erika Witsoe Erik podczas zeszłorocznej wyprawy do Ålesund w Norwegii

- Wiele rodzin, które przybywały do Stanów Zjednoczonych, kilka pokoleń temu zupełnie wyzbyło się swojej historii. Często było to spowodowane chęcią lepszego dostosowania się do amerykańskiego społeczeństwa czy zdobycia pracy. Obcy język był postrzegany jako coś wstydliwego. Nawet jeśli ktoś ze starszych przedstawicieli rodu posługiwał się mową przodków, to nie używał jej nawet w rozmowach z bliskimi. W ten sposób ludzie dobrowolnie pozbawiali się kawałka tożsamości - wyjaśnia.

Również w rodzinie Erika, która osiedliła się w Seattle trzy pokolenia temu, nie przykładano szczególnej wagi do skandynawskich tradycji.

- Nikt z nas nie mówi po szwedzku, duńsku ani po norwesku. Myślę, że moi pradziadkowie byliby zszokowani tym, że dziś, by dostać pracę w międzynarodowej firmie, nie wystarczy już znajomość angielskiego, a języki skandynawskie cieszą się tak ogromną popularnością i dają szanse na awans - śmieje się.

Mimo to w rodzinnym Seattle skandynawskich akcentów nie brakuje: w Ballard, na przedmieściach, żyje bardzo spory odsetek rodzin wywodzących się z Północy. W samym mieście sporo ulic zawdzięcza ludziom z Danii, Szwecji czy Norwegii swoje nazwy. Nawet z pozoru banalne rzeczy, jak mieszkania z wielkimi oknami czy estetyka znaków drogowych, są bardzo podobne do tych, które spotkać można w Skandynawii.

W trakcie kilku lat śledzenia rodzinnej historii, udało się ustalić, że w gronie przodków Erika jest m.in. Thomas Bruhn, słynny dziewiętnastowieczny duński działacz polityczny i parlamentarzysta.

Miesiąc na Północy

Wyprawa Erika i jego rodziny rozpoczyna się 28 kwietnia i potrwa miesiąc. W tym czasie, wspólnie z ciotką Mary i wujem Frankiem, odwiedzi on takie miasta jak m.in. Kopenhaga, Saeby, Harpelunde (Dania), a także Göteborg, Tyresö i Linköping w Szwecji.

- Ich pomysł bardzo mnie zainspirował. Sam fakt, że starsi ludzie z USA chcą po raz pierwszy w życiu przylecieć do Europy i przez miesiąc tropić historię naszej rodziny, wydaje mi się bardzo odważny

- przyznaje. - Ostatnio napisał do nas jeden ze skandynawskich krewnych: „Moja rodzina liczy dwanaście osób, zapraszamy!”. Odpowiedzieliśmy: „Świetnie, chętnie wybierzemy się z wami na piknik”.

Mieszkający w Poznaniu fotograf chce uwiecznić podróż śladem swoich korzeni i zrobić jak najwięcej zdjęć, które być może zostaną wydane w formie albumu. Na tym nie koniec. Erik Witsoe zamierza iść o krok dalej i nakręcić film dokumentujący wojaże po Skandynawii. W tym celu będzie rejestrował rozmowy z dalekimi krewnymi i fotografował nordyckie krajobrazy. Jako że jego wysłużony Nikon zaczął jakiś czas temu odmawiać posłuszeństwa, potrzebny jest nowy aparat. W celu jego szybkiego zakupu i pokrycia części wydatków w stosunkowo drogiej Skandynawii, postanowił uruchomić akcję crowdfundingową. Projekt wspierać można na stronie internetowej gofundme.com/erikwitsoe.

- Nigdy wcześniej nie próbowałem zbierać pieniędzy w ten sposób. Jestem artystą, zawsze staram się polegać na własnych środkach i umiejętnościach, lecz w przypadku tak długoterminowego wyjazdu istnieje ryzyko, że mój budżet może okazać się niewystarczający.

Miałem pewne wątpliwości, czy korzystać z crowdfundingu, bo w końcu proszę o wsparcie projektu o bardzo osobistym wymiarze. Z drugiej strony, ilekroć mówiłem o tym znajomym, dziwili się, dlaczego jeszcze nie wystartowałem ze zbiórką pieniędzy. To oni przekonali mnie do tego kroku - mówi.

Szukać, poznawać, inspirować

Witsoe ma nadzieję, że wycieczka do Szwecji i Danii pociągnie za sobą kolejne. W przyszłości chce zrekonstruować drzewo genealogiczne rodziny ze strony ojca, pełnej krwi Norwega. Dostrzega też uniwersalny wymiar swojego przedsięwzięcia.

- Moim nadrzędnym celem jest to, by swoim działaniem zainspirować innych do podobnych poszukiwań. Poznawanie własnych korzeni to niezwykle ważna rzecz. Mówi ci, kim naprawdę jesteś.

Być może kolejne odkrycia sprawią, że spojrzysz na siebie i ludzi w swoim otoczeniu z zupełnie innej perspektywy. W gruncie rzeczy, pokazuje też, że mimo różnic, wszyscy jesteśmy dość podobni. To trochę jak żmudna praca nad miłością, która z każdym dniem rośnie, procentuje - wyznaje.

W realizacji projektu Erika gorąco wspiera jego narzeczona Agnieszka.

- Tym, co czyni Erika wyjątkowym, jest świetna umiejętność opowiadania historii. Posiada ogromny dar empatii. W swojej pracy jest zarówno obserwatorem, psychologiem i socjologiem

- wylicza w opisie towarzyszącym kampanii crowdfundingowej. Te umiejętności z pewnością okażą się przydatne podczas kwietniowej wyprawy.

Cyprian Łakomy

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.