Za kolaborację z Sowietami mieli zginąć dwaj znani poeci: Teodor Bujnicki i Julian Przyboś

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Biblioteki Piłsudskiego
Wiesław Pierzchała

Za kolaborację z Sowietami mieli zginąć dwaj znani poeci: Teodor Bujnicki i Julian Przyboś

Wiesław Pierzchała

Za zdradę i kolaborację na rzecz Związku Radzieckiego mieli zostać zlikwidowani dwaj znani poeci: postępowy awangardzista Julian Przyboś i Teodor Bujnicki, który przed wojną rywalizował z Czesławem Miłoszem o poetycką palmę pierwszeństwa w Wilnie. Pierwszemu się upiekło, zaś na drugim wyrok został wykonany. Do tych wydarzeń nawiązuje Mariusz Solecki w książce „Historie pisane przez wojnę” wydanej przez LTW.

Podczas wojny lewicujący Julian Przyboś nie mógł się doczekać nadejścia Armii Czerwonej. Gdy w sierpniu 1944 r. zajęła Rzeszów, przerwał żniwa w rodzinnej Gwoźnicy, spakował manatki i pieszo ruszył na spotkanie z „wyzwolicielami”. Gdy dotarł do Rzeszowa, spotkał kolegów ze studiów, którzy słowem i czynem wspierali Moskwę. Mając takich popleczników szybko został kierownikiem Wydziału Informacji i Propagandy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Rzeszowie. W ten sposób twórca Awangardy Krakowskiej został agitatorem PKWN na rzecz władzy ludu i dyktatury proletariatu, nie poetariatu, jak pisano przed wojną.

Wieści o zabiciu Przybosia przez „reakcyjną bojówkę”

Znany literat z zapałem przystąpił do budowy nowego ustroju. Jeździł po wsiach i podczas wieców zdumionym włościanom obiecywał raj na ziemi, który nastąpi po zdławieniu burżujów, obszarników i innych reakcyjnych krwiopijców. Udało mu się nawet przekonać plastyków, aby na wieży kościoła farnego w Rzeszowie umieścili hasła propagandowe. Zdrada Przybosia tak bardzo rzucała się w oczy, że podziemie antykomunistyczne postanowiło wydać na niego wyrok śmierci. Tym bardziej, że wśród żołnierzy niezłomnych byli konspiratorzy z Kresów, którzy doskonale pamiętali wcześniejsze zaprzaństwo poety, gdy podczas sowieckiej okupacji Lwowa w latach 1939-41 pisywał do gadzinowych „Nowych Widnokręgów”.

Gdy pętla zaczęła się zaciskać wokół literata-politruka, uśmiechnęło się do niego szczęście. Otóż w kierownictwie AK w Rzeszowie znalazł się obrońca Przybosia, który w ostatniej chwili odwołał wyrok na niego. Ponadto do akcji wkroczył Jerzy Borejsza, wszechpotężny prezes koncernu prasowo-książkowego „Czytelnik”, który dowiedziawszy się, że życie poety jest zagrożone, przeniósł go z Rzeszowa do bardziej bezpiecznego Lublina. O tym, że Przyboś był o krok od śmierci, świadczy także to, że mimo odwołania zamachu rozeszły się wieści o jego śmierci. Do tych wydarzeń poeta nawiązał w jednym z powojennych wywiadów prasowych, w którym przyznał:

Otóż gruchnęły o mnie wieści, że podczas jazdy jeepem z Rzeszowa do Gwoźnicy zostałem zabity przez reakcyjną bojówkę

Takiego szczęścia nie miał Teodor Bujnicki „Dorek”, jeden z najlepszych poetów przedwojennych w Wilnie, autor słynnego wiersza: „Litwo, ojczyzna moja. Żarliwie i prosto powtarzam słowa naszego pacierza. Ziemio nieżyznych bławatków i ostów, białych kościołów na płaskich wybrzeżach”...

Egzekutor „Rolandzik” w mieszkaniu Bujnickiego

Niestety, został kolaborantem w latach 1940-41, gdy bolszewicy okupowali Wilno i Litwę. Związał się z „Prawdą Wileńską”, w której cieszył się z upadku „pańskiej Polski” oraz na lewo i na prawo sławił Stalina i ojczyznę światowego proletariatu. I to w okresie, gdy na każdym kroku panował czerwony terror. NKWD polowało na Polaków, których męczono i mordowano w więzieniach lub całymi rodzinami zsyłano do łagrów na Syberii.

Reakcja polskiego podziemia była szybka i radykalna. Wyrokiem Wojskowego Sądu Specjalnego w Wilnie Teodor Bujnicki - podobnie zresztą jak dwaj znani działacze komunistyczni: Henryk Dębiński i Stefan Jędrychowski (pierwszego zabili potem Niemcy, a drugi został dygnitarzem w PRL) - został skazany na śmierć.

Wkrótce wybuchła wojna niemiecko-radziecka, do Wilna weszli żołnierze Wehrmachtu i Teodor Bujnicki zaczął ukrywać się w majątku swojej rodziny pod Szawlami na Żmudzi. Gdy w lipcu 1944 r. Armia Czerwona znów zajęła gród Giedymina, poeta wrócił i stał się aktywistą moskiewskiego Związku Patriotów Polskich.

Wydawało się, że w nowych, ponurych realiach nikt nie będzie pamiętał o wyroku sprzed kilku lat. Stało się jednak inaczej. Żołnierz AK Waldemar Butkiewicz - „Rolandzik” 28 listopada 1944 r. zastrzelił Bujnickiego w jego mieszkaniu.

Wiesław Pierzchała

Jestem dziennikarzem w redakcji "Dziennika Łódzkiego". Zajmuję się sądami, policją, prokuraturą, tematyką historyczną oraz związaną z łódzkimi zabytkami i rodami fabrykanckimi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.