Zbigniew Wodecki zawsze się bał, że kiedy zwolni, umrze z nudów

Czytaj dalej
Fot. Lukasz Gdak
Paweł Gzyl

Zbigniew Wodecki zawsze się bał, że kiedy zwolni, umrze z nudów

Paweł Gzyl

Choć nie był już najmłodszy, ciągle koncertował. Najczęściej spędzał czas za kierownicą auta. Zawsze odbierał, kiedy się do niego dzwoniło. I potrafił od razu rzucić jakiś dowcipny komentarz.

Pierwszy potwierdził tę informację wczoraj, tuż po piętnastej, Andrzej Piaseczny. „Żegnaj Zbyszku. Byłeś genialnym muzykiem i cudownym człowiekiem. Do zobaczenia po drugiej stronie...”. Kilka minut później wszystkie portale internetowe oznajmiły lakonicznie: „Zbigniew Wodecki nie żyje”.

Stało się to, czego tak bardzo obawiali się od kilkunastu dni najbliżsi krakowskiego piosenkarza i jego fani. Trudno uwierzyć, że już nigdy dla nas nie zaśpiewa i nie zagra na skrzypcach czy na trąbce. Bo przecież zawsze był tak pełen energii i życia, ciągle w drodze, częściej na estradzie niż w domu.

Miał dopiero 67 lat.

Zostanie w Krakowie

Większość z nas dowiedziała się, że Zbigniew Wodecki ma problemy z sercem w piątek, 5 maja.

Pojawiła się wówczas informacja, że krakowski piosenkarz trafił na zapowiedzianą wcześniej operację wszczepienia by-passów, umożliwiających prawidłowe ukrwienie serca.

Poszła ona zgodnie z planem i jeszcze w niedzielę muzyk czuł się dobrze, rozmawiał z bliskimi.

Niestety w poniedziałek jego stan nagle się pogorszył - wokalista przeszedł udar mózgu.

Okazało się, że na tym nie koniec.

Mimo, że piosenkarz został wprowadzony przez lekarzy w śpiączkę farmakologiczną, zachorował na zapalenie płuc. Organizm muzyka był po operacji i udarze bardzo słaby i podatny na wszelkie infekcje.

W kolejnych dniach nieoficjalnie pojawiały się informacje, że Zbigniew Wodecki jest w coraz gorszym stanie. I wczoraj stało się.

„Mimo niezwykłej woli życia i staraniom lekarzy udar dokonał nieodwracalnych obrażeń. Odszedł od nas w dniu 22 maja w jednym z warszawskich szpitali. Żona i dzieci byli przy nim. Zostanie pochowany w ukochanym Krakowie” - podała strona Wodecki.pl.

Po całym świecie

Właściwie był skazany na to, aby zostać muzykiem. Tata - trębacz, mama - śpiewaczka, siostra - wiolonczelistka. Dlatego zaczynał od grania na skrzypcach klasycznego repertuaru. Nic więc dziwnego, że w końcu trafił do średniej szkoły muzycznej w Krakowie.

- To mnie zobowiązywało do bycia najlepszym skrzypkiem w szkole. Kiedy mój starszy kolega, Stefan Staranowski, wyjechał do Francji, gdzie został z czasem koncertmistrzem w orkiestrze w Lille, przejąłem jego obowiązki. I uczyniłem to z wyróżnieniem! Popisywałem się przed największymi mistrzami w tamtym czasie - opowiadał w „Gazecie Krakowskiej”.

Kiedy w nowej Polsce wiele gwiazd z jego pokolenia przepadło, on dawał sobie świetnie radę

Młodego Zbyszka ciągnęło nie tylko do klasyki. Ponieważ w połowie lat 60. dotarł do Krakowa rock’n’roll - i on dał się porwać jego energii. Dołączył więc do zespołu Czarne Perły, który grał w lokalnych klubach do tańca. Nie przeszkodziło mu to podjąć pracę w Krakowskiej Orkiestrze Kameralnej i Orkiestrze Symfonicznej PRiTV.

W końcu trafił do Piwnicy pod Baranami, gdzie zaczął akompaniował Ewie Demarczyk i Markowi Grechucie.

- Wkroczyłem wtedy do królestwa krakowskiej cyganerii artystycznej. Jeździłem z Ewą Demarczyk po całym świecie: byłem w Zurychu, Genewie, Wiedniu, Hamburgu, Berlinie, a nawet w Hawanie! Przywoziłem stamtąd diety, zamieniałem je na bony, szedłem do Peweksu - a tam można było kupić wszystko: szynkę „Krakus”, papierosy „Marlboro”, włoskie płaszcze ortalionowe i koszule non-iron - wspominał niedawno.

Małymi kroczkami

Prawdziwą sławę przyniosła mu jednak dopiero piosenka. Kiedy na początku lat 70. miał przerwę w koncertach z Piwnicą pod Baranami, zmontował z kolegami prowizoryczny zespół i pojechał nad morze, aby zarabiać na graniu na lokalnych dansingach.

- Trafiliśmy do restauracji Parkowa w Świnoujściu. Ponieważ nikt się nie wyrywał do mikrofonu, musiałem zacząć śpiewać. To były ówczesne szlagiery: „Everybody Love Somebody” i „Delilah”. Ponieważ graliśmy do rana, dawni kumple z FAMY wpadali do nas napić się wódki, bo wszystko było już pozamykane, tylko nie Parkowa - wspominał.

Zobaczył go tam znajomy redaktor z TVP - i zaprosił na nagranie programu.

Ponieważ od dziecka miał smykałkę do śpiewania, zaczął sam sobie pisać piosenki. Tak trafił na festiwal do Opola w 1972 roku - no i zaczęło się: „Ballada o Jasiu i Małgosi”, „Zacznij od Bacha”, „Z tobą chcę oglądać świat”, „Izolda” stały się wielkimi przebojami znanymi i nuconymi w całym kraju.

- Mnie ojciec uczył, żeby się nie wychylać. Żeby ćwiczyć i pracować. Przy tym lał mnie i pilnował. Może gdyby tego nie robił, to by mnie dzisiaj tutaj nie było? Wszystko zdobywałem małymi kroczkami, nigdzie się nigdy nie pchałem. Mało tego - nie miałem menedżera, nie mam plakatów, nie mam zdjęć. Ja pop prostu lubię śpiewać - podkreślał.

Wodzirej golasów

Mimo, że śpiewał liryczne piosenki, dał się poznać jako człowiek pełen humoru. Dał temu pełniejszy wyraz w latach 80. Najpierw telewidzowie ze zdziwieniem rozpoznali jego głos w telewizyjnej dobranocce - „Pszczółka Maja”. Wykonany na jej potrzeby utwór stał się z czasem jednym z jego największych przebojów.

- Początkowo irytowało mnie, jak ludzie wołali na koncertach: „Zaśpiewaj pszczołę”. Ale kiedyś byłem na plaży w Australii. Szedł tam jakiś facet z dzieckiem. Kiedy mnie zobaczył, stanął i pokazał na mnie: „Patrz to jest pan, co śpiewa Pszczółkę Maję”. Patrzę, a jemu łzy z oczu lecą. Pomyślałem, że pewnie mu przypominam Polskę, wszystko, co w niej zostawił. I wtedy przestałem się gniewać na „pszczołę” - wyjaśniał po latach.

Był skazany, aby zostać muzykiem. Tata - trębacz, mama - wiolonczelistka

Wielkim sukcesem okazała się również zabawna piosenka „Chałupy Welcome To” opowiadająca o golasach opalających się na słynnej w czasach Peerelu plaży nudystów. W popularyzacji nagrania pomógł teledysk, na którym chyba po raz pierwszy w historii polskiej muzyki rozrywkowej pokazano roznegliżowane osoby.

Co ciekawe - ten wideoklip powstał przez przypadek.

- Nagrałem swoje partie w studiu i poleciałem do Stanów robić karierę na Zachodzie - czyli grać w polonijnych salkach parafialnych. Tymczasem Andrzej Witkowski dokleił do moich scen zdjęcia z plaży nudystów. Cała Polska to oglądała, uznając mnie za wodzireja polskich golasów, a ja o niczym nie wiedziałem. Kiedy wróciłem do kraju, odebrałem samochód na Okęciu i pojechałem do myjni. Chcę płacić, a facet mówi: „Usługa jest gratis. Chałupy Welcome To” - śmiał się.

Druga młodość

Kiedy w nowej Polsce wiele gwiazd z jego pokolenia przepadło, on dawał sobie radę bez problemu. Był jednym z jurorów w polskiej edycji telewizyjnego programu „Taniec z gwiazdami” i prowadził „Drogę do Gwiazd”. Mimo, że czasy się zmieniały, nadal pozostał wierny swemu wizerunkowi uśmiechniętego dżentelmena z... charakterystyczną fryzurą.

- Cóż, mam włosy, jakie mam. Zawsze mówię, że piętę achillesową mam na głowie. Myśli pan, że te włosy mnie nie męczą? Ale nie mogę ich obciąć. Mam płaską i za małą głowę. Jak się ogolę, to wyglądam strasznie. Kiedyś Krystyna Sienkiewicz podpuściła mnie i zrobiłem sobie pasemka. Ale było jeszcze gorzej - i musiałem się chować w kapturze, aż się nie zmyły - dowcipkował.

W ostatnich latach odkryła go młoda publiczność - za sprawą ponownego nagrania debiutanckiej płyty z 1972 roku z zespołem Mitch & Mitch. Porwał nawet widzów alternatywnego OFF Festivalu w Katowicach. Dlatego niemal ciągle był drodze na kolejne koncerty.

„Boję się, że jak zwolnię - to umrę z nudów” - żartował. Pracował też nad nową płytą. Czy usłyszymy piosenki, które na nią nagrywał?

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.