Zioło, tabsy, prochy. Dopalacze to igranie ze śmiercią

Czytaj dalej
Fot. plakat Państwowej Inspekcji Sanitarnej
Maciej Czerniak

Zioło, tabsy, prochy. Dopalacze to igranie ze śmiercią

Maciej Czerniak

18-latek z miejscowości Drzewce pod Bydgoszczą nie żyje. Kolejnych dwóch nieprzytomnych nastolatków trafia do bydgoskich szpitali. Podejrzani? Dopalacze.

Przypalając lufkę z suszem kupionym od kumpla z sąsiedztwa wiedz, że to nie „marycha” zawierająca poczciwe THC - alarmują specjaliści. - To jak ruletka. Paląc grasz o życie - mówi Robert Rejniak, terapeuta uzależnień.

Środa, piąta rano. Osiemnastolatek wraca po imprezie w Bydgoszczy do domu na ogródkach działkowych w miejscowości Drzewce. Kładzie się spać. Wstaje około południa. Bliscy widzą, że prawdopodobnie jest pod wpływem jakichś substancji psychoaktywnych. Nastolatek jednak czuje się dobrze. Zjada obiad. Znowu kładzie się spać.

Śmierć przyszła nagle

Kryzys następuje około godziny 17. Chłopak zaczyna zachowywać się dziwnie. Traci przytomność. Rodzina wzywa pogotowie. Lekarz podejmuje od razu decyzję o natychmiastowym przeprowadzeniu akcji reanimacyjnej. Ratownikom medycznym nie udaje się jednak ocalić mu życia. Nastolatek umiera krótko przed godziną 19.

Mniej więcej w tym samym czasie ktoś wzywa policję w Pruszczu Pomorskim. Z relacji zawiadamiającego wynika, że przed dworcem kolejowym siedzi dwóch pijanych nastolatków.

Gdy na miejsce docierają mundurowi, znajdują dwóch szesnastolatków. Są nieprzytomni. Udaje się jednak ich ocucić.

- Stan i zachowanie nastolatków wskazywały, że mogli zażyć jakąś substancję - mówi podinsp. Monika Chlebicz, rzeczniczka prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

Przyjeżdża pogotowie. Od razu zapada decyzja o przewiezieniu chłopaków do szpitala. Trafiają do dwóch bydgoskich lecznic - Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego i Szpitala im. Jurasza.

- Kiedy trafił do izby przyjęć, był lekko zamroczony, splątany, ale w szpitalu był już w pełni kontaktowy. I tak było przez cały wieczór i całą noc - mówi dr n. med. Danuta Kurylak, zastępca dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy. - Wykonano badania diagnostyczne, na podstawie których wykluczono zażycie leków bądź narkotyków. Na podstawie wyjaśnień pacjenta stwierdzono podejrzenie zatrucia dopalaczami.

Rodzice drugiego poszkodowanego, który jest hospitalizowany na jednym z oddziałów pediatrycznych Szpitala im. Jurasza, zabronili lekarzom udzielania jakichkolwiek informacji na temat stanu zdrowia syna.

- Mogę potwierdzić jedynie, że pacjent nie przebywa obecnie na oddziale intensywnej opieki medycznej - wczoraj mówiła Marta Laska, rzeczniczka prasowa lecznicy.

Zapalili w pociągu

W środę nastolatkowie wracali pociągiem ze szkoły w Bydgoszczy do domu, do Pruszcza. Jechali we trzech. Towarzyszył im kolega starszy o rok. I to on w pociągu poczęstował ich podejrzaną substancją. Wszyscy zaciągnęli się dymem z lufki, w której znajdował się jakiś susz roślinny. Siedemnastolatek czuł się dobrze, zatem jego koledzy postanowili również spróbować.

Starszy wpadł w poważne problemy. Sam nie wymagał hospitalizacji, ale wczoraj rano został doprowadzony do Prokuratury Rejonowej w Świeciu. - Usłyszał zarzut narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu - dodaje Monika Chlebicz. - Za takie przestępstwo grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności.

Zioło, tabsy, prochy. Dopalacze to igranie ze śmiercią
Jakub Keller 17-latek, który częstował kolegów dopalaczami, został wczoraj doprowadzony do prokuratury. Postawiono mu zarzuty.

Sprawą zajmują się śledczy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. Policja na razie oficjalnie nie łączy sprawy tego zatrucia ze śmiercią mieszkańca wsi pod Bydgoszczą.

Młodzi ludzie kochają to, co nieprzewidywalne, kochają ryzyko. Dlatego sięgają po dopalacze

Leczył się na serce

- W sprawie zgonu 18-latka zostanie przeprowadzona sekcja zwłok - wyjaśnia podkomisarz Przemysław Słomski z komendy wojewódzkiej. - Wyniki badania pozwolą stwierdzić, czy mężczyzna zażył jakąś substancje chemiczną i ewentualnie, jakiego rodzaju substancja to była.

Z naszych ustaleń wynika, że zmarły miał już wcześniej styczność z narkotykami, konkretnie z amfetaminą. Miał również leczyć się w związku z chorobą serca.

Kilka dni temu na południu w Bielawie na Dolnym Śląsku znaleziono leżących na chodniku nieprzytomnych troje nastolatków. Badania wykazały jednoznacznie, że uczniowie zażyli dopalacze zawierające między innymi barbiturany. To związki chemiczne znane od dawna i od lat czterdziestych masowo wykorzystywane, jako składnik leków nasennych.

- Z roku na rok systematycznie spada liczba młodych pacjentów, którzy trafiają do naszego szpitala po zażyciu dopalaczy - wyjaśnia dr Danuta Kurylak. - Być może ostatnie zatrucia w regionie to jednak początek kolejnej fali zatruć. Być może ta fala dociera do nas z opóźnieniem. Jednak nie jest wykluczone, że mamy po prostu do czynienia z odosobnionymi przypadkami.

Policyjni dochodzeniowcy wskazują na dwa główne źródła dopalaczy. Część środków pochodzi z południa Polski, z okolic Częstochowy, gdzie od 2010 roku zatrzymano już kilkanaście osób związanych z obrotem „nowymi narkotykami”. Inne dystrybuowane są natomiast z Pabianic, gdzie siedzibę miało już kilkadziesiąt różnych spółek zarządzających dopalaczowymi sklepami w całej Polsce. Przykładem może być punkt, który działał w Toruniu przy ulicy Sukienniczej. Po interwencjach Sanepidu kilkanaście razy zawieszał działalność, ale za każdy razem interes otwierany był ponownie. Prowadziły go kolejno powstające spółki: Rico Roll, Liko Persico, Matias, Kubiaszek. Wszystkie mające w nazwie „Sp. z o.o.” i wszystkie zarejestrowane w Pabianicach.

Drugi obieg trucizny

Sklepy właściwie zniknęły z krajobrazu polskich miast. Policjanci nie mają jednak złudzeń - dopalacze przeszły po prostu do innego obiegu. Stały się towarem „dilerskim”.

- Kiedy punkty z dopalaczami działały pełną parą, były czynne w centrum miasta przez całą dobę, to siłą rzeczy łatwiej było zdobyć narkotyki - mówi Robert Rejniak, terapeuta uzależnień, szef Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii w Bydgoszczy. - W weekendy, nocą po imprezach w klubach i pubach na Starym Mieście młodzież wracała do domów. Po drodze można było wstąpić do sklepiku i kupić, to co kogo interesowało.

Teraz to się zmieniło. Zdobycie dopalaczy wymaga nieco więcej zachodu: - Trzeba znać dilera albo zamówić przez internet susz do palenia, tabletki czy proszki. A nie każdemu się chce - zaznacza Rejniak.

Bydgoska poradnia PTZN prowadzi program wczesnej internencji narkotykowej „FreD Goes Net”. Jest on kierowany do młodych ludzi, którzy po raz pierwszy weszli w konflikt z prawem w związku z posiadaniem albo wprowadzaniem do obrotu narkotyków. Podstawową zasadą obowiązującą w programie jest ta, że w zamian za uczestnictwo w terapii policja i prokuratura mogą odstąpić od ukarania zatrzymanego.

- W 2015 roku rocznie mieliśmy około 38 osób, które uczestniczyły w programie, w 2016 roku było to już tylko 12 osób - podkreśla Rejniak.

Specjaliści są jednak zgodni: branie dopalaczy przypomina ruletkę. Tu jednak stawką jest życie:

Dopalacze są nieprzewidywalne, bo nikt poza ich producentami nie wie, co się w nich znajduje

Generalnie dzieli się je na dwa rodzaje: do palenia i do łykania - podkreśla Rejniak.

Kusi ryzyko i niewiadoma

Te do palenia to często susz roślinny z konopi indyjskich, ale chemicznie wzbogacony. To tak zwane maczanki. Tabletki mogą zawierać metaamfetaminę, pochodne syntetyczne mefedronu, substancję silnie pobudzającą AlphaPVP, dextrometorfan, kodeinę, morfinę, ale też wiele innych substancji.

- Dopalacze są popularne, ponieważ są pewną tajemnicą, są nieprzewidywalne - mówi Rejniak. - A młodzi ludzie kochają być zaskakiwani, kochają eksperymenty. Dlatego wciąż sięgają po dopalacze, choć te wcale nie są w czołówce ulubionych narkotyków. Pierwsza jest marihuana.

Przed dwoma laty przez Polskę przelała się fala zatruć dopalaczem o nazwie „Mocarz”. Na szpitalne łóżka trafiło około 7 tysięcy osób, które zapaliły właśnie tę „maczankę”. Spodziewali się działania substancji THC, związku chemicznego występującego w marihuanie, a trafiali do szpitali nieprzytomni albo agresywni i pobudzeni.

Lekarz toksykolog dr Eryk Matuszkiewicz zaznacza: - Mogą powodować pobudzenie, psychoaktywację. Ona przejawia się w postaci bezsenności, ale może się też nasilić. Pacjenci są wtedy agresywni, pobudzeni, nie kontrolują swojego zachowania. Dokonują, na przykład samookaleczeń i niszczą mienie; mówimy też o sytuacjach, kiedy zagrażają innym ludziom, którzy są w ich otoczeniu. Niektórzy uciekają gdzieś na oślep, są agresywni, wulgarni. Natomiast druga grupa objawów to te wynikające z pobudzenia układu krążenia. To przyśpieszona praca serca, wzrost ciśnienia krwi.

Maciej Czerniak

W Gazecie Pomorskiej zajmuję się tematyką kryminalną, policyjną, jestem autorem relacji sądowych. Tym, co w mojej pracy najbardziej mnie pociąga i codziennie zadziwia, jest fakt, że najciekawsze historie zawsze pisze życie. Bywają bardziej niezwykłe od scenariuszy filmów. Nie tylko sensacyjnych.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.